Hej! Chyba zacznę od przeprosin. Ostatni rozdział pojawił się prawie dwa miesiące temu! A więc przepraszam, że nic nie wstawiałam. Obiecuję, że nadrobię zaległości i napiszę dwa DŁUGIE rozdziały. Będą one praktycznie podwójne. Mam nadzieję, że to wam wynagrodzi moją nieobecność.
A rozdział dedykuję Krulicy. W końcu, gdyby nie ona nie zorientowałabym się, jak długo mnie tu nie było.
Rozdział 9
Wzięłam głęboki oddech. Może się pomyliłam. Może ona jest tylko podobna. Może mam zwidy. Może po prostu jestem zmęczona po podróży. Może...
- Natalie? W porządku? - odezwała się mama przyglądając mi się uważnie.
- Tak - powiedziałam niepewnie. - Po prostu jestem trochę zmęczona po podróży...
- Hmm... no dobrze - mama nie wydawała się przekonana, ale najwyraźniej postanowiła nie drążyć tematu. - Przedstawię cię wszystkim. Więc to jest Carlisle - tata uśmiechnął się i wskazał dłonią na ok. trzydziestoletniego mężczyznę, z jasnymi włosami. - a to jego żona - Esme - kobieta była chyba mniej więcej w wieku męża. Miała ciemne włosy i miły uśmiech. - To jest Rosalie, jest dziewczyną Emma - uśmiechnęła się do mnie piękna blondynka. Musiałam przyznać, że pewnie niejedna modelka czy aktorka miałaby jej czego zazdrościć. - Tutaj są Alice i Jasper. Też są parą - mama wskazała na tę dziewczynę, która tak bardzo przypominała mi tą ze snu. Przytulała się do wyższego od niej blondyna. Był umięśniony, ale nie tak jak Emmet. Chociaż w sumie, przy Emmecie to chyba każdy wygląda jak chucherko. - No i Isabela, woli jak na nią mówić Bella, i Edward. Jak się pewnie domyślasz też są parą - chłopak był całkiem niezły, chociaż przy reszcie... nic nadzwyczajnego. Ale włosy miał w fajnym odcieniu rudego. Moje są podobne, a mamy takie same. Chwila! Czy on się skrzywił, kiedy pomyślałam o jego włosach? Chyba na serio muszę odpocząć. Ale najpierw zerknę jeszcze na dziewczynę siedząco obok niego. Znaczy wcześniej siedziała, a potem podbiegła do mamy i ją mocno przytuliła. Spojrzałam na nią i oniemiałam. Mama była tak do niej podobna! Zerknęłam jeszcze raz na tego... wyleciało mi z głowy imię. Tego rudego. Nie możliwe...
- Natalie? Dobrze się czujesz? - tata zadał to pytanie zmartwionym tonem uważnie się we mnie wpatrując.
- Tak, tak. Po prostu...
- Ja i Bella jesteśmy bardzo podobni do twojej mamy? - domyślił się rudy... kurczę jak on miał na imię?!
Kiwnęłam głową, a Bella uśmiechnęła się.
- I ja i Edward jesteśmy z nią spokrewnieni. Ja od strony jej mamy, a on od ojca. Ale nas więzy krwi nie łączą - Kiedy Isabella powiedziała ostatnie zdanie tata prychnął cicho, a pozostali się uśmiechnęli. O co im chodzi?
- Na pewno jesteście głodni - odezwała się nagle Esme... właściwie to jak mam się do niej zwracać. Tata mówił do nich po imieniu, ale...
- Super! Kocham twoją kuchnię! - tata wyszczerzył się jak małe dziecko.
- Ty kochasz wszystko, co się wiąże z jedzeniem - Alice uśmiechnęła się szeroko, a Rosalie... od początku unikała patrzenia na tatę. Mama tylko pokręciła głową z politowaniem.
- Zrobiłam naleśniki. Są jeszcze ciepłe. Idziecie?
- Jasne... - mama wyraźnie się nad czymś zastanawiała, a potem zapytała z uśmiechem - Mamo, a ile ich zrobiłaś? Wiesz, że jak Jake się dorwie...
- Spokojnie, wystarczy. - Kobieta uśmiechnęła się szeroko, a następnie spojrzała na drzwi, w których kilka sekund wcześniej zniknął tata... - W razie czego dorobię. Emmet, możesz przynieść ich walizki?
- Jasne. Jak są naleśniki, to Emmeta nie ma, ale jak trzeba coś przynieść, to się nagle pojawia. - gdyby to zdanie zostało wypowiedziane jakimś w miarę smutnym, albo chociaż spokojnym tonem, to... no cóż na pewno nikt nie tarzałby się ze śmiechu. Ale, no cóż, Emmet pod koniec sam wybuchł śmiechem.
Kilka minut później po naleśnikach nie został żaden ślad. Tylko tata co jakiś czas wysyłał tęskne spojrzenie w kierunku pustego talerza.
- Zrobić jeszcze kilka naleśników? - zaproponowała Esme
- Tak - powiedział bez oporów tata uśmiechając się szeroko. Mama znów pokręciła głową.
Nagle do kuchni wpadła Alice.
- Nat, zjadłaś już? - zapytała, a potem, nie czekając na odpowiedź dodała - To chodź, pokarzę ci twój pokój.
Alice zaciągnęła mnie na górę i otworzyła trzecie drzwi po prawej. Rozejrzałam się. Pokój miał błękitne ściany, a na podłodze leżał gruby ciemny dywan. Pod dużym oknem stało jednoosobowe łóżko, a pościel była fioletowa. Obok łóżka stało drewniane, dość małe biurko, na którym leżał laptop, a przy nim stało, również drewniane, krzesło. Jedną ścianę zajmował regał. Dwudrzwiowa szafa stała w rogu, tuż przy drzwiach, a na kilku półeczkach poukładane były książki. Oprócz szafy, w skład regału wchodziły jeszcze cztery szafki i dwie szuflady. Wszystkie były puste.
- Emm zaraz przyniesie twoje walizki. Będziesz mogła się rozpakować.
Dosłownie sekundę po tym, jak Al wypowiedziała ostatnie zdanie do pokoju wparował Emmet z moją walizką, torbą i torebką. Do tej pory się zastanawiam, jakim cudem zmieściłam tam wszystko. Oboje zostali w pokoju jeszcze przez chwilę, a potem stwierdzili, że dadzą mi się rozpakować. Siadłam na łóżku i zamknęłam oczy. Cały czas po głowie chodził mi obraz dziewczyny z mojego snu. W pierwszej chwili byłam pewna, że ona i Alice są identyczne, ale z każdą chwilą coraz bardziej w to wątpiłam. Dziewczyna ze snu miała złote, miodowe oczy, a Alice ma czarne. Dziewczyna ze snu zachowywała się całkiem inaczej, jej głos był odrobinę inny, taki trochę nieobecny... Sięgnęłam do torebki po telefon i słuchawki. Po kilku sekundach usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki.
Pół godziny później ze złością przeszukiwałam torebkę. Nie mogłam znaleźć ładowarki. W końcu się poddałam i postanowiłam wreszcie się rozpakować. Zaczęłam od walizki. Poukładałam wszystkie ubrania i postawiłam walizkę w kąt pokoju. Potem zabrałam się za torbę. Wyjęłam kosmetyczkę, szczoteczkę do zębów, pastę i kilka innych rzeczy. Spojrzałam na torbę, po czym wrzuciłam ją do szafy. Stwierdziłam, ze może kiedyś tam mi się przyda. No i została torebka. Podeszłam do krzesła, na którym rzeczona torebka leżała i zajrzałam do środka. Wyjmowałam po kolei wszystko co mi wpadło w ręce. A ładowarki ani widu, ani słychu. Westchnęłam. No cóż, może chociaż mama nie zapomniała ładowarki. Mamy taki sam model telefonu, więc nie ma tragedii. Miałam wyjść z pokoju, kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na walizce. No cóż, nie będzie stała od tak w kącie. Spróbowałam wcisnąć ją do szafy, ale cóż, nie udało się. W końcu poddałam się i wepchnęłam pod łóżko. Gdy wyszłam na korytarz uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, który pokój jest rodziców. Stwierdziłam jednak, że oni pewnie już dawno się rozpakowali i są na dole w salonie. Powoli zeszłam na dół. Tak jak myślałam rodzice siedzieli w salonie razem z Rose, Alice, Esme i Bellą. Tata mówił coś, ale tak cicho, że usłyszałam coś, dopiero jak podeszłam blisko.
-... na to druga; no coś ty głupia! Polecimy w nocy!
Przewróciłam oczami. Tata i te jego żarty, teraz lecą te o blondynkach.
- Mamo, pożyczysz ładowarkę do telefonu? - zapytałam
- Zapomniałaś swojej? - mama uśmiechnęła się. - Chodź na górę, zaraz poszukam swojej.
Razem z mamą poszłyśmy na górę. Jej pokój był naprzeciwko mojego. Kiedy tam weszłam, okazało się, że tamten pokój był bardzo podobny do mojego. Ściany były błękitne, na podłodze leżał dywan, odrobinę jaśniejszy od tego w moim pokoju. Łóżko było dwuosobowe, a pościel była zielona. Biurko, również drewniane, podobnej wielkości, ale na nim stał laptop mamy. Drewniany regał był większy od mojego, i o ton ciemniejszy. Ubrania i rzeczy mamy były poukładane, a taty... niektóre też. Pewnie te do których dorwała się mama. Reszta była zwinięta w kłębek i wrzucona do szafki.
Mama podeszła do biurka i z szuflady wyciągnęła ładowarkę. Kilka sekund później telefon był już podłączony.
Po chwili zastanowienia zadzwoniłam do Evy. Obiecałam do niej zadzwonić, jak tylko dojadę. Położyłam się na łóżku i wybrałam jej numer. Nie gadałyśmy długo. Eva miała randkę z Ivanem, a ja byłam już strasznie zmęczona. Opowiedziałam jej tylko o Cullenach, o ich domu i kilka innych rzeczy. A ona powiedziała gdzie Ivan ją zabrał. Kiedy w końcu się rozłączyłam postanowiłam wziąć prysznic i położyć się spać. Co prawda nie jadłam kolacji, ale nie byłam ani trochę głodna.
Dwadzieścia minut później leżałam w łóżku. Rzadko kiedy udaje mi się usnąć tak wcześnie, ale ten dzień był najwyraźniej odstępstwem od reguły. Praktycznie od razu usnęłam.
Kiedy obudziłam się, zobaczyłam, że słońce dopiero wstaje. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, był sen. Dzisiaj się nie pojawił. Nie narzekałam. Poleżałam w łóżku jakieś pięć minut a potem postanowiłam wstać. Wzięłam ubrania i poszłam wziąć prysznic. Zapowiadało się, że będzie chłodno, więc założyłam czarne dżinsy, czerwoną bluzkę z długim rękawem, a na to bluzę. Kilka minut później zeszłam na dół. Byłam pewna, że wszyscy jeszcze śpią, a że byłam bardzo głodna postanowiłam sobie zrobić śniadanie. Weszłam do kuchni i już miałam otworzyć lodówkę, kiedy do kuchni weszła Bella.
- O! Już wstałaś? Jesteś głodna? - zapytała, po czym, nie czekając na odpowiedź, wyjęła z lodówki jajka i zaczęła robić jajecznicę. Kiedy jajecznica była gotowa Bella wyjęła talerz i włożyła mi.
- A ty nie jesz? - zdziwiłam się
- Nie, nie jem tak rano. A ty nie jadłaś wczoraj kolacji.
- Tak, byłam zmęczona.
Bella uśmiechnęła się do mnie, a po chwili wyszła z kuchni. Kiedy zjadłam, umyłam talerz i wróciłam do swojego pokoju. Przejrzałam książki, które miałam na półce, ale żadna nie wydała mi się zbyt ciekawa. Poszłabym na spacer, ale nie znam okolicy. Więc pozostało mi jedynie siedzieć w pokoju i się nudzić, dopóki ktoś nie wstanie.
Pół godziny później usłyszałam na korytarzu jakiś szelest. Ktoś wychodził z łazienki. Wyszłam na korytarz i Zobaczyłam Emmeta.
- Hej, Emm!
- O Nat! Już wstałaś?
- Jak widzisz. Ej, mam pytanko. Czy jak zjesz śniadanie, to pokarzesz mi okolice?
- Hmm... tak właściwie to już jadłem. Jak chcesz, to możemy już iść.
Kiwnęłam tylko głową i weszłam do pokoju. Zamieniłam bluzę na cieplejszą i włożyłam adidasy. Minutę później stałam w salonie. Chwilę później dołączył do mnie Emmet. Z uśmiechem otworzył drzwi i wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było rześkie i chłodne, ale miało cudowny zapach. Emmet okazał się wspaniałym przewodnikiem. Chodziliśmy po lesie kilka godzin, a on pokazywał mi polanki, stawy, ciekawie wyglądające drzewa. Kiedy wracaliśmy do domu byłam zmęczona i zdyszana, a po nim nie było nic widać.
- Emm... zróbmy przerwę. Nie mam już siły iść.
- No to wskakuj na barana - powiedział najzupełniej poważnie. Przyjrzałam się mu, a potem wstałam i wskoczyłam mu na plecy.
- No, tak to możemy iść - stwierdziłam uśmiechnięta. Piętnaście minut później byliśmy na miejscu. Esme zaparzyła mi herbaty, a mama pytała, co Emm mi pokazał. Kiedy w końcu udało mi się jej wszystko opowiedzieć, zadzwonił mój telefon. Wyszłam do kuchni odebrać. Dzwonił nie kto inny jak Eva. Udało jej się w końcu zwlec z łóżka po wczorajszej dyskotece. Zapytała co ciekawego robiłam, po czym opowiedziała dokładnie przebieg dyskoteki. Głównie wyglądało to tak: taniec, picie soku, czy coli (nie było alkoholu) i gadanie, taniec, kilka pocałunków, taniec, picie soku i gadanie, taniec... No ale przecież musiałam się dowiedzieć wszystkiego ze szczegółami. Powiem szczerze, że nawet lubię słuchać, kiedy ona mówi o czymś z takim przejęciem. Kiedy w końcu skończyłyśmy gadać, Edward przyszedł robić obiad. Ale jak się okazało tylko mi, bo praktycznie wszyscy jedli wcześniej, a Emm wychodzi z Rose.
Trzeba przyznać, że rudy świetnie gotuje. Hmm... znowu się skrzywił. Kurczę, co on ma. No nie ważne. Kiedy kończyłam usłyszałam dzwonek do drzwi. Okazało się, że przyszedł jakiś przyjaciel rodziny. Szybko dokończyłam obiad i ruszyłam do salonu. Przywitałam się z mężczyzną. Wyglądał na ok. trzydzieści lat. Czyli pewnie był w wieku Carlisla. Mama mi go przedstawiła. Miał na imię Eleazar. Hmm... mam wrażenie, że już kiedyś słyszałam to imię...
Eleazar został godzinę, a potem musiał wyjść. Rodzice zaproponowali spacer. A, że ja to ja, nie mogłam odmówić. Zawsze chętnie chodzę na spacery.
Postanowiłam pokazać im miejsca, które zobaczyłam z Emmetem. Do domu wróciliśmy na kolację. A raczej się na nią spóźniliśmy. Wszyscy już zjedli. Na szczęście Esme zrobiła nam naleśniki.
Po kolacji poszłam do swojego pokoju i włączyłam laptop. Nie było potrzebne żadne hasło, a internet działał. Uśmiechnęłam się do siebie i weszłam na pocztę. Tak jak się spodziewałam, okazało się, że mam dziesięć wiadomości od Evy. Głównie wysłała mi zdjęcia swoje z Ivanem z dyskoteki. Prosiła też, żebym wysłała jej swoje zdjęcia. Odpisałam, że jeszcze żadnych nie robiłam, ale na pewno to nadrobię i jej wyślę. Potem poszukałam jakiegoś filmu. Zachęcił mnie tytuł ,,Jeździec bez głowy". To był horror, a ja takie lubię. Niestety już po kilku minutach zorientowałam się jaki to jest kicz. No bo, od kiedy, jeśli odrąbie się komuś głowę, krew tryska dziesięć metrów w górę? Ze zrezygnowaniem wyłączyłam film i zgasiłam komputer. Byłam zmęczona, więc postanowiłam się przygotować do snu.
Kolejnego wieczoru usnęłam niespotykanie szybko. Może to zmiana klimatu? No nieważne. Grunt, żebym nie miała koszmaru...
Ehh... miał wyjść dłuższy... w takim razie będą jeszcze dwa rozdziały. Jeden postaram się napisać już jutro, ale właśnie sobie przypomniałam o sprawdzianie z angielskiego i chemii, więc pewności nie mam. Jakby co, to kolejny rozdział pojawi się najpóźniej w najbliższą sobotę.
niedziela, 10 listopada 2013
niedziela, 15 września 2013
Rozdział 8
Za dwadzieścia szósta poszłam do rodziców. Byli już gotowi, więc zadzwoniłam do Evy, że niedługo u niej będziemy. Kiedy tylko się rozłączyłam, zobaczyłam tatę.
-Gotowa? - uśmiechnął się.
-Tak - powiedziałam i również się uśmiechnęłam. Po kilku sekundach siedzieliśmy w samochodzie. Gdy podjechaliśmy pod dom Evy, zobaczyłam, że moja przyjaciółka właśnie wychodzi. Przyjrzałam się jej. Włożyła zwykłe dżinsy, niebieską bluzkę na ramiączkach a włosy zostawiła rozpuszczone. Zawsze dziwiłam się, jak ona może narzekać na swoje włosy; były takie gęste i długie, chociaż ona twierdziła, że wyglądają jak siano... no nie wiem, nie jestem znawcą w tej dziedzinie, ale kiedy na siano pada słońce, to nie wygląda jak miód... taki prawdziwy, świeży miód.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się do moich rodziców, a potem spojrzała na mnie.
- Co tak się patrzysz? - spytałam szeptem, kiedy Eva siadła już na miejscu.
- Tak sobie myślę, że tam będzie niejeden przystojny chłopak... - uśmiechnęła się.
- Nie - stwierdziłam nie czekając co powie dalej. Eva ciągle chciała mnie z kimś zeswatać... czasem mnie to wkurzało.
- Ehh... jeszcze żadnego nie widziałaś...
- No i? Nie mam zamiaru umawiać się z kimś z La Push... tata utrzymuje z nimi za dobre kontakty - powiedziałam to najciszej jak się dało, nie chciałam, żeby rodzice usłyszeli.
- Dobra, dobra, jak tam chcesz - stwierdziła i odwróciła się naburmuszona. Postanowiłam się tym nie przejmować.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że prawie wszystko jest już przygotowane. Nagle zobaczyłam dziadka. Zdziwiłam się trochę, no bo, co on będzie robił na ognisku? W pewnej chwili poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękę. Odwróciłam się i spojrzałam na Evę, która pokazywała mi jakiegoś chłopaka. Dopiero po chwili rozpoznałam w nim Ivana. Chłopak najwyraźniej nas zobaczył, bo skierował się w naszą stronę. Gdy podszedł bliżej mogłam mu się uważniej przyjrzeć. Trzeba przyznać, że Eva świetnie go opisała. Ivan miał jakieś... metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, intensywnie zielone oczy z brązowymi plamkami, jasne włosy i łagodne rysy twarzy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć, nareszcie jesteś! - powiedział i przytulił Evę... kurczę, jak on się na nią patrzył, jakby poza nią świata nie widział.
- Ivan, to Natalie, moja przyjaciółka. Natalie, to Ivan, mój chłopak, opowiadałam ci o nim.
- Tak, coś tam wspomniałaś - stwierdziłam z uśmiechem.
- Ivan! Weź dziewczyny i chodźcie już! - krzyknął jakiś chłopak.
- Jasne! - odkrzyknął Ivan i całą trójką ruszyliśmy w kierunku ogniska. Gdy doszliśmy okazało się, że jeszcze kogoś brakuje. Po kilku minutach dobiegł ok. szesnastoletni chłopak. Ubrany był w szorty i zielony t-shirt. Przyjrzałam się mu; był dość wysoki, miał ciemne włosy, brązowe oczy i miły uśmiech.
- Seth! Znowu się spóźniłeś... - odezwała się jakaś dziewczyna, spojrzałam w jej kierunku, ale na jej twarz padał cień, więc nie mogłam stwierdzić kto to.
- Sorry... musiałem biec kilka kilometrów na północ bo jakiś padalec pozabierał...
- Seth! - tym razem odezwał się mój tata. Chłopak spojrzał na niego, a potem na mnie. I wtedy zamarł. Wyglądał, jakby trafił go grom z jasnego nieba. Spojrzałam dyskretnie w górę, żeby się przekonać, czy na niebie nie powstały jakieś burzowe chmury. Okazało się jednak, że niebo jest równie czyste, jak kilka minut wcześniej. Chłopak - Seth nadal się na mnie gapił, tylko... tak jakoś dziwnie. Tak jak Ivan patrzył na Evę... chociaż nie, nie do końca tak. Nagle wszyscy zaczęli się śmiać... no z wyjątkiem Evy, mnie i tego chłopaka.
- Seth! Długo masz zamiar jeszcze się na nią gapić? - zapytał spokojnie mój tata, ale Seth nawet nie zareagował. Zaczęłam się dziwnie czuć, wszyscy wpatrywali się we mnie, jakby chcieli, żebym coś zrobiła. A mi zaschło w gardle, a nogi zaczęły drżeć. Myślałam, że się przewrócę, ale z opresji uratowała mnie ta dziewczyna, która wcześniej zwróciła Sethowi uwagę, że się spóźnił. Dziewczyna stanęła między mną a nim i spojrzała na chłopaka z dziwnym wyrazem twarzy. Po chwili jednak uśmiechnęła się i... uszczypnęła go. Tak po prostu. Chłopak aż podskoczył.
- Leah! - warknął. - Mogę wiedzieć co ci odbiło?
- Chciałam się upewnić, że nie zamieniłeś się w zombie. Tak stałeś i patrzyłeś na Natalie, jakbyś chciał ją zjeść...
- Zombie jedzą tylko mózgi, - powiedział, a potem dodał z uśmiechem - więc nie musisz się żadnego obawiać.
Przez chwilę myślałam, że dziewczyna - Leah go uderzy, bo, szczerze mówiąc, nie wyglądała na jakąś szczególnie... łagodną, ona jednak tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową.
- Seth... może usiądziesz - zaproponował jakiś chłopak uśmiechając się. Seth kiwnął głową i usiadł. Na ziemi. Tam gdzie stał. I wpatrywał się we mnie.
- Seth... może na ławce, są przygotowane i wygodne... - miałam wrażenie, że Ivan zaraz wybuchnie śmiechem. A Seth... no cóż, pokiwał głową, wstał i ruszył w kierunku ławek. W moim kierunku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tam miejsca były już pozajmowane. Nawet mucha by się nie wcisnęła. Usłyszałam, że tata zaczyna się śmiać, a po chwili wstał. Uśmiechnął się do mnie i poszedł siąść na inną ławkę. Mama po chwili zastanowienia zrobiła to samo. Seth uśmiechnął się szeroko i szybko zajął miejsce obok mnie. Wtedy ponownie wszyscy wybuchli śmiechem.
- Mogło być gorzej - pocieszyła mnie Eva.
- Niby jak? - zapytałam
- Hmm... mógł na przykład wziąć cię na ręce i skoczyć z urwiska - stwierdziła uśmiechając się. Nagle wyjaśniło się, dlaczego Eva przez tydzień leżała w domu z gorączką, i złamaną ręką.
- Skoczył z tobą z urwiska? - zapytałam nie bardzo w to wierząc.
- Tak. Wyobraź sobie jak się przestraszyłam. Nagle podbiega do mnie jakiś nieznajomy chłopak, bierze na ręce i skacze z urwiska...
- Żartujesz.
- Nie - odezwał się Ivan. - Naprawdę to zrobiłem. I gdyby się nie wyrywała, to nic by się jej nie stało... no może poza przeziębieniem.
Eva zaśmiała się, a potem zamilkła. Dziadek Billy zaczął opowiadać. Usłyszałam o zimnych ludziach, o mężczyznach zmieniających się w olbrzymie wilki, o jakimś wpojeniu i kilka innych. Trzeba przyznać, że potrafi opowiadać. Kiedy spojrzałam na pozostałych, po ich minach zorientowałam się, że nie słyszą tego po raz pierwszy. Nikt jednak się nie wygłupiał, nie przeszkadzał, nie ziewał. Jednak gdy dziadek skończył, kilku chłopaków prawie krzyknęło z radości, a po chwili wszyscy rzucili się na kiełbaski. Tylko ja i Eva siedziałyśmy nie wiedząc co robić.
Po jakiejś minucie kilka osób wróciło na swoje miejsce. Ivan i Seth byli jednymi z pierwszych. Obaj trzymali po dwa papierowe talerzyki i kilka... naście kiełbasek. Ivan podał jeden talerzyk Evie i położył na nim dwie kiełbaski. Seth podał jeden z talerzyków mnie i z pytającym wyrazem twarzy spojrzał na kiełbaski.
- Dwie - powiedziałam niepewnie.
- Daj jej trzy - uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
Chłopak uśmiechnął się i położył trzy kiełbaski. następnie dobrał się do swoich. Pokręciłam z uśmiechem głową i również sięgnęłam po kiełbaskę.
Po dwóch godzinach pojechaliśmy do domu. Było jeszcze dość wcześnie, ale ja byłam zmęczona. Poza tym musiałam przemyśleć dziwne zachowanie Setha. Dziadek Bill opowiadał o wpojeniu... hmm... gdyby to nie była legenda pomyślałabym, że Seth mnie sobie wpoił. Po chwili jednak odrzuciłam tę myśl.
- Idę spać - stwierdziłam, kiedy tylko weszliśmy do domu. Biegiem ruszyłam do swojego pokoju, szybko wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka.
Dzień wyjazdu nadszedł bardzo szybko. Wstaliśmy wcześniej, wzięliśmy potrzebne rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko. Spieszyliśmy się jak nie wiem co, a i tak zdążyliśmy w ostatniej chwili. W czasie lotu mama opowiedziała mi o Cullenach. Carlisle i Esme - jej rodzice adoptowali ją, kiedy byli jeszcze bardzo młodzi. Mama ma jeszcze szóstkę rodzeństwa - adopcyjnego. Mama jest z nich najstarsza.
Gdy dolecieliśmy na miejsce, tata poszedł po bagaże, a ja z mamą weszłyśmy do cukierni. Kiedy wyszliśmy podbiegł do nas ok. osiemnastoletni, ciemnowłosy chłopak i uściskał mamę.
- Ness! A jednak zostawiłaś Jake'a! Jazz idzie na zakupy z Al i Rose! - krzyczał wciąż obracając moja mamę.
- Em... nie wiem jak ci to powiedzieć, ale Jake też tu jest. Poszedł po bagaże - chłopakowi zrzedła mina, ale już po chwili ponownie się uśmiechnął.
- Czyli ja idę z nimi na zakupy. No cóż... może się jakoś wymigam. A kogo my tu mamy? - chłopak spojrzał na mnie.
- To Natalie, moja córka... mówi ci to coś?
- Nie poznałem cię - stwierdził, a po chwili wirowałam w powietrzu. Kurczę, jaki on zimny. - No, no, wyrosłaś Nat, nie ma co... ale nadal oglądasz teletubisie? - zapytała z... nadzieją?
- Eee... nie... nie oglądam...
- Szkoda - Em wydawał się autentycznie smutny.
- Emmet! - usłyszeliśmy głos mojego taty.
- Jake! Miło cię widzieć! - uśmiechnął się chłopak
- Gdybym cię widział, powiedziałbym to samo - stwierdził tata, a Emmet chyba załapał iluzję, bo zabrał kilka walizek. - Ehh... dzięki. Dziewczyny, co wy tam zabrałyście???
- Tylko niezbędne rzeczy - stwierdziła mama.
Emmet zaprowadził nas do samochodu, a następnie spróbował wcisnąć walizki do bagażnika. Ostatecznie mu się udało. Em zadowolony usiadł za kierownicą i pojechał... zostawiając nas na lotnisku.
- Wróci - stwierdziła mama. Miała rację, jakieś piętnaście minut później czerwony samochód ponownie pojawił się na parkingu.
- Sorry... - Emmet udawał zawstydzonego.
- No wiesz, zostawić tu mnie i moją córkę? - powiedziała groźnym tonem mama. - Ciekawe co powie na to Rose...
- Nie mówcie jej! - w oczach osiłka pojawił się strach, w tym momencie tata nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nagle coś zwróciło moją uwagę. Jego oczy stały się czarne, a przecież wyraźnie widziałam, że były miodowe...
- No dobrze... - stwierdziła dobrodusznie mama.
- No wiesz, chyba, że coś się komuś wymsknie - uśmiechnął się tata.
- Wtedy poprawimy jej humor mówiąc, że ciebie również zostawił - odpowiedziała mama, a po chwili wsiadła do samochodu. Po kilku sekundach byliśmy już w drodze.
Nigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, ale Emmet jechał tak szybko...
- To samochód Rose, tak? - zainteresował się nagle tata.
- Tak - Em podejrzliwie na niego spojrzał.
- A, powiedz mi, czy Rose lubi zapach wymiocin?
- Nie - chłopak nadal nie wiedział o co chodzi mojemu tacie.
- Aha. A czy wiesz, że Nat jest już zielona?
- Co?! - wykrzyknął chłopak i natychmiast zwolnił. Od razu poczułam się lepiej, a Em odetchnął z ulgą.
Pół godziny później byliśmy już na miejscu. Kiedy zobaczyłam dom, zaniemówiłam; był dokładnie taki sam, jak nasz w Forks. Tata uśmiechnął się, a po chwili wszyscy weszliśmy do środka. Zobaczyłam siedem osób, wszyscy się uśmiechali, a najbardziej dziewczyna o urodzie... chochlika... dziewczyna z mojego snu.
Rozdział miał być na poprzedni weekend, ale cóż, nie wyszło. Za to mam nadzieję, że ten się podoba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)