wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział 12

Kiedy wszystko zostało powiedziane poszłam do swojego pokoju. Zaczynało padać, ale Edward i tak stwierdził, że musi zapolować. Nie musiał. Widziałam jego oczy. Po prostu chciał, żebym mogła spokojnie pomyśleć.
Myśli kłębiły się w mojej głowie, najwyraźniej chcąc ją rozerwać. Podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Krople deszczu spływały po szybie. To akurat było realne... i znajome.
Opowiedzieli mi wszystko. Kiedy Leah wyjawiła mi podstawy, reszta poszła za jej przykładem. A więc można by powiedzieć, że już wszystko wiem. No tak. Tylko problem jest taki, że nie potrafię w to uwierzyć.
Zamknęłam oczy chcąc poukładać sobie to wszystko. Po pierwsze: moja mama jest pół-wampirem, a tata zmiennokształtnym. Po drugie: najpotężniejsza rodzina wampirów chce mnie zabić. Chcą mnie zabić, bo jestem inna. Bo jestem czymś innym. Mam wrażenie, że oni po prostu się boją, że stanę się zbyt potężna.
A najgorsze jest to, że od dziecka słucham legend La Push i nikt nawet nie zasugerował, że to może być prawda. W sumie, to tych legend jest na pewno więcej, może one podsuną mi jakieś wyjaśnienie. Albo chociaż oderwą mnie od przemyśleń o Volturi.
Oparłam głowę o szybę. Miałam dość. Zamknęłam oczy.
Blondynka - Jane pewnym krokiem szła jakimś korytarzem. Podeszła do przedostatnich drzwi po prawej stronie i zapukała. Otworzył jej chłopak. Eric. Dziewczyna weszła do środka i usiadła na łóżku.
- Czego chcesz? - zapytała
- Pomocy - odpowiedział - Ta dziewczyna którą chcą zabić...
- Natalie. Hybryda to na nią delikatne określenie. 
- Tak. I ja...
- Nie chcesz, żebyśmy ją zabili - stwierdziła chłodno Jane 
- Właśnie. I ty mi w tym pomożesz.
- Niby dlaczego? - zapytała, a dłoń Erica powędrowała do jej naszyjnika. Litera "V" była ozdobiona małym pół-księżycem. 
- To nie był prezent. I ty o tym wiesz - powiedział spokojnie - Twój brat załapał od razu. 
W oczach Jane zalśnił strach. Kiwnęła głową i szybko wyszła z pokoju. 
- Przepraszam... - szepnął Eric, kiedy drzwi się już zamknęły - Ale nie mogę pozwolić by ona zginęła. 
Obudziłam się zdziwiona, że wiem jak wygląda herb Volturi i że ktoś chce mnie ratować.
Ale to jak Eric powiedział ostatnie zdanie... jakby chciał chronić kogoś, kogo kochał. A mnie nie mógł kochać. Nie zna mnie. Więc mówił o kimś innym.
A ten pół-księżyc... jego wykonanie...przypominało mi coś.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zerknęłam na godzinę. Spałam co najwyżej piętnaście minut!
Ale ten sen jeszcze bardziej pokręcił moje myśli. Z tego co mi opowiadali, to Jane i Alec nie boją się nikogo. No może z wyjątkiem Trójcy. A ten Eric... Ale w sumie to Jane chyba nie tyle bała się jego, co tego, co on może wiedzieć.
A może Eric wysyła mi fałszywe wizje, tak jak robił to z Alice. Ale wtedy chyba stworzyłby coś, co pokazywałoby mi wszystko... a o moim śnie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był jasny.
Spojrzałam na las. Zielone drzewa kołysały się lekko pod wpływem wiatru. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w tą zieleń, nie myśląc o niczym. Przerwał mi dopiero głos mamy. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stoi w drzwiach i uśmiecha się lekko. Kiwnęłam głową dając znak, że zauważyłam jej obecność.
- Alice już wróciła - powiedziała tylko, a ja natychmiast poczułam nieprzyjemny uścisk w żołądku. Zaraz się dowiem, co tak naprawdę planują Volturi. Spojrzałam mamie w oczy i od razu wiedziałam, że też się martwi. Uśmiechała się, mówiła spokojnie... jej maska nie sięgała tylko oczu. Wiedziałam, że mama wolałaby, gdybym nic nie wiedziała. Zmusiłam się do uśmiechu i kiwnęłam głową. Wyszłam na korytarz, a następnie zeszłyśmy z mamą do salonu. Alice stała przy oknie i przytulała się do Jaspera. Mój strach jeszcze się pogłębił. Nagle poczułam falę spokoju. Rozejrzałam się i zauważyłam, ze wszyscy znacznie się rozluźnili. No tak, Jasper.
- Volturi przybędą tu tuż po gwiazdce. Nie będzie ich wielu. Trójca, bliźniaki, Renata, Feliks... ogólnie straż przyboczna. Wpadną niby w odwiedziny, a potem... chcą wykorzystać element zaskoczenia i nas zabić. Wszystkich.
Kiedy Alice skończyła w pokoju zapanowała cisza.
- Nie wygląda to dobrze... - zaczął Edward, ale przerwała mu Leach
- A wręcz przeciwnie. Zapowiada się bardzo dobrze.
Jasper pokiwał głową i wyjaśnił:
- Przybędą małą grupą, pewni, że przyjmiemy ich z otwartymi ramionami. Nie będą się spodziewali, że to my zaatakujemy. Tak więc zapowiada się bardzo dobrze.
Do mnie, to co powiedział Jazz, dotarło dopiero po chwili. Uśmiechnęłam się. Miał rację. Planem Voturi jest wykorzystanie elementu zaskoczenia, jeśli jego nie będzie, plan się nie powiedzie.
Nie potrzebowałam mocy Edwarda, żeby wiedzieć, że wszyscy myślą to samo. Wystarczyło na nich spojrzeć.
Godzinę później Esme szykowała obiad. Nawet Leach się przełamała i siadła z nami do stołu. Wydawała się dziwnie smutna. Przypomniałam sobie jej reakcję kiedy opowiadałam o Ericu. I jej naszyjnik. Jestem wystarczająco dobra z plastyki, by rozpoznać ten styl. Kiedy to wszystko do mnie doszło, prawie się zachłysnęłam. Powietrzem. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę, a ja dziękowałam w myślach, że Edward wyszedł. Porozmawiam o tym z Leą, ale później. Jak będziemy same.
Mój wzrok spoczął na Seth'cie.
- Przyjedziecie jeszcze? - zapytałam, a chłopak uśmiechnął się.
- Jasne. Jeśli nas nie przegonią, to wpadniemy za tydzień - powiedział a ja mimowolnie zachichotałam na widok miny Lei na to "my" w wypowiedzeniu brata. Szybko się jednak opanowałam.
- To fajnie - powiedziałam szybko i zdałam sobie sprawę jak słabo to zabrzmiało. Zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Zakochałam się w nim. Spojrzałam mu w oczy, jednak on uciekał wzrokiem. Opuściłam głowę i westchnęłam cicho.
Esme weszła podając obiad. Nawet nie zarejestrowałam, co przygotowała. Kiedy zjedliśmy i Leach i Seth zaczęli się zbierać przypomniałam sobie o czym miałam z nią porozmawiać.
- Leach, mam do ciebie małą sprawę. Możemy pogadać? - zapytałam, a dziewczyna, na szczęście, zrozumiała, że chodzi mi o rozmowę bardziej prywatną. Zaproponowała bratu, by powyjadał Esme jeszcze trochę... wszystkiego a sama ruszyła w stronę lasu. Poszłam za nią. Po kilku minutach marszu znaleźliśmy się przy małym potoku. Leach usiadła opierając się plecami o pień drzewa, a ja zrobiłam to samo. Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę. Leach chyba wyczuła, że to nie jest łatwy temat, zwłaszcza, że kierowałam się samymi domysłami.
- Kiedy wyszłaś z Alice, ja poszła do siebie i zasnęłam na kilka minut - zaczęłam niepewnie. - Śnił mi się Eric.
Zobaczyłam w jej oczach iskierki zainteresowania, które jednak zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Jakby Leach nie chciała pokazać, jak ją to interesuje. Wzięłam głębszy oddech i zaczęłam opowiadać. Powiedziałam wszytko, a kiedy nie doczekałam się jej reakcji zaryzykowałam i dodałam:
- Ten półksiężyc Jane i twój wisiorek... wykonała je jedna osoba.
Leach gwałtownie wciągnęła powietrze i spojrzała na mnie tak zimno, że aż się przestraszyłam. Dziewczyna jednak szybko się opanowała.
- Możliwe. Mówiłam przecież, że wykonała go jakaś pijawka.
- Wykonał go Eric, prawda? Dla ciebie, jeszcze przed twoją przemianą - zaryzykowałam, jednak już kiedy kończyłam pierwsze zdanie wiedziałam, że mam rację. Leach skinęła głową.
- Kiedy mi go dawał obiecywał, że mnie nigdy nie opuści. Powtarzał, że mnie kocha... A potem odszedł. Brzydził się tym, kim się stałam. To po prostu głupia pijawka. Nigdy mu na mnie nie zależało - mówiła cicho, chyba nawet nieświadoma, że mówi na głos. Kiedy uniosła głowę, zobaczyłam w jej oczach łzy.
- To zostanie między nami - obiecałam, a potem dodałam - On nadal cię kocha. To ciebie chciał chronić, mnie nie znał. A jednak jest gotów tyle zaryzykować...
Leach pokręciła głową, a po tym, jak na mnie spojrzała, zrozumiałam. Nie chciała w to wierzyć, bo bała się, że on znowu ją zawiedzie. Kiwnęłam głową.
- Przepraszam, nie powinnam zaczynać tematu - szepnęłam, a Leach uśmiechnęła się delikatnie.
- Nic się nie stało. W sumie cieszę się, że ktoś o tym wie.
Wróciłyśmy w ciszy, nie odzywając się nawet słowem. Będąc tak blisko, że Edward, gdyby już wrócił, mógłby słyszeć moje myśli zaczęłam na siłę myśleć o czymś innym.



No i wreszcie jest rozdział. Zapraszam do czytania i liczę na jakieś komentarze :)

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 11

- Te sny. Wiesz, czasem ludzie śnią o czymś, lub o kimś, kogo widzieli gdy byli bardzo mali. Świadomie tego nie pamiętają, ale... - Mężczyźnie przerwał dzwonek do drzwi. Miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się przepraszająco, wstał i ruszył w kierunku drzwi. Kilka sekund później do środka wbiegł Seth i niezbyt zadowolona Leah. 
- Siądźcie - powiedziała Esme z uśmiechem. - My właśnie rozmawiamy z Nat o jej snach.
Leah spojrzała ze zdziwieniem na tatę, który pokiwał głową. Dziewczyna przewróciła oczami i usiadła. 
- A więc, jak już mówiłem, - kontynuował Carlisle - czasami śnią na się rzeczy, które wiedzieliśmy w dzieciństwie. Pewnie stąd brały ci się te sny z nami w roli głównej. No i Jake opowiadał ci te legendy..
- Historie - przerwała mu Leah. - Carlisle, czy to do czegokolwiek prowadzi? Oprócz wyjaśnienia w jaki sposób działa ludzki mózg? Bo jeśli ty chcesz to w ten sposób tłumaczyć, to się zejdzie do następnego lata. A ja tyle czasu nie mam. Nat, - powiedziała patrząc mi prosto w oczy - te sny to przyszłość. W niektórych przypadkach może to być teraźniejszość. Twoje sny są wizjami. 
Spojrzałam na wszystkich po kolei. Nikt nie wybuchł śmiechem, nie wykazywał żadnych oznak rozbawienia. Czyli to żart raczej nie był. No chyba, że ich zdolności aktorskie są tak ogromne.
- To nie żart - powiedział nagle rudy jakby czytając mi w myślach. A po chwili dodał jeszcze - Bo czytam. I nie jestem rudy.
- A podobno wampiry mają niesamowicie dobry wzrok - powiedziała cicho Leah wywołując delikatny uśmiech na twarzy Rose i wybuch śmiechu u Emmeta.
- Ale... ale moje sny są sprzeczne - powiedziałam przypominając sobie je wszystkie. - W tym pierwszym ci Volturi mnie gonią. Śniłam tam, że oni próbują mnie zabić, a potem wszyscy giną. Potem śniłam, że są w jakiejś sali. Rozmawiają. Jeden chłopak - Eric - miał porzucić fałszywe wizje. A ostatnio śniłam, że coś lub ktoś mnie goni. Uciekałam przez las i nagle wypadłam na jakąś polankę. Rozmawiałam tam z dwójką wampirów, właściwie, to jeszcze dzieciaków. Mieli może trzynaście lat. 
- Ta dwójka to pewnie Alec i Jane. Zostali zmienieni w wieku dwunastu lat, ale teraz mają około tysiąca. Poza tym nie widzę tu sprzeczności - stwierdził bez ogródek Jasper.
- Trudno to wyjaśnić. Bo w tym pierwszym ja wiedziałam, że oni wszyscy chcą mnie skrzywdzić. To było po prostu pewne. Tak jakby ktoś mnie o tym ciągle zapewniał. A w kolejnych... ten drugi, on... widziałam wszystko, ale jedyne co wiedziałam, to to, o czym mówili. A trzeci... w nim całkowicie brałam udział. W poprzednich nie mogłam kontrolować żadnego swojego ruchu. 
- To dziwne. Eleazar twierdził, że twoim darem są wizje. Ale nie takie, jakie ma Alice. Twoje nie zmieniają się wraz z decyzjami innych, ale nie są również niepodważalne. 
- Wizje Alice? - zdziwiłam się i zerknęłam na dziewczynę.
- Tak - Al uśmiechnęła się.- To mój dar. Widzę przyszłość. Ale wszystko zależy od decyzji, jakie podejmują inni.
- Ja.. ja nie specjalnie to wszystko rozumiem - wyznałam. Spojrzałam na Leah. Wiedziałam, że jeśli ktokolwiek ma mi to wytłumaczyć w miarę szybko i zwięźle to będzie ona.
- OK. Po kolei - Leah wywróciła oczami jednocześnie się delikatnie uśmiechając. - W twoim ostatnim śnie Alec i Jane wyjaśnili ci kilak ważniejszych rzeczy. A więc, że są wampirami oraz co cechuje wampiry.
- Tak... mniej więcej - powiedziałam cicho.
- Dobrze. Więc wiesz, że  wampiry mają wyostrzone zmysły, są bardzo szybkie, niesamowicie wytrzymałe... no z wyjątkiem ognia. Świecą się na słońcu, czosnek i woda święcona na nie nie działa. Żywią się krwią. Akurat Cullenowie to wegetarianie. Żywią się krwią, owszem, ale zwierzęcą. Dlatego ich oczy są złote.
- A jeśli wampir żywi się ludzką krwią, to jego oczy są czerwone? - zapytałam przypominając sobie moje sny. Wszyscy pokiwali głowami. - Wiecie, ten Eric... on też miał złote oczy. Wszyscy inni mieli tam czerwone, tylko on miał złote.
Leah rzuciła mi zdziwione spojrzenie. Przez chwilę miałam wrażenie, że chce mnie o coś zapytać. Jednak chyba zrezygnowała. Zamiast tego zwróciła się do Alice.
- Al, myślę, że wiem, jak ominąć te fałszywe wizje. Ja mam naszyjnik, który blokuje dary mentalne. No... mniej więcej blokuje. Powiedzmy Edward nie może przeczytać wszystkich moich myśli, ale nie jestem w stanie zablokować wszystkiego. Wydaje mi się, że to dlatego, że jestem zmiennokształtną.
- A co to ma do rzeczy? - zdziwił się tata.
- Naszyjnik został stworzony przez pewną pijawkę, dla wampirzycy. Ostatecznie dla człowieka. Gdybym nie uczyła się go kontrolować, byłby tylko głupią ozdobą.
- Czyli... - odezwał się Ed. - Czyli nie dasz go Alice jeśli będę w pobliżu?
- Tak. Ale nie przyszłam tu tylko po to, żeby wyjaśnić wam sprawę naszyjnika - powiedziała, a gdy spojrzała na Setha dodała - Ani dlatego, że Seth mnie tu zaciągnął.
- Więc o czym jeszcze chciałaś pogadać? - zapytała Rose.
- O Natalie - stwierdził rudy... a po chwili zaczął mruczeć coś pod nosem. Emmet chyba to zrozumiał, bo zaczął się śmiać. Leah tylko zgromiła go wzrokiem.
- Tak, chodzi o Nat. Volturi ją zabiją. Już o niej wiedzą. Wiecie o tym. Pamiętacie jaka była sprawa z Ness.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Wobec tego, co proponujesz? - zapytał Carlisle
- Teraz nie zaatakują. jest środek lata. Poza tym myślą, że nie spodziewamy się agresywnych działań z ich strony. Tak więc chwilowo jest tu bezpiecznie. Sądzę jednak, że lepiej będzie, jeśli przeniesiecie się do La Push - ostatnie słowa skierowała do mnie i rodziców.
- Wydaje mi się, że masz rację. W La Push będziecie pod stałą ochroną - niechętnie stwierdziła Rosalie.
- Dobrze. Skoro wszystko już uzgodnione, to ja chyba pójdę się przebrać - stwierdziła Al i pobiegła do swojego pokoju. Wróciła już po kilku minutach. Miała na sobie ciemne rurki, biały T-shirt z nadrukiem, czarną skórzaną kurtkę i addidasy.
- No to idziemy - powiedziała Leah i wyszła z domu. Zerknęłam przez okno, żeby zobaczyć w którym kierunku pójdą. Zobaczyłam, że Leah pobiegła do lasu. Schowała się za pierwszym lepszym drzewem. Po chwili zza tego drzewa wyszedł ogromny wilk. Taki sam jak w moim śnie. W mojej wizji.
- Eee... Leah wszystko ci mniej więcej wytłumaczyła - zaczęła Esme. - Jestem jednak pewna, że chciałabyś znać więcej szczegółów.
Kiwnęłam głową i zaczęli opowiadać.
- Aro, Marek i Kajusz stoją na czele Volturi. Prawdziwą władzę ma jednak Aro. Kajusz i Marek zwykle nie zgadzają się ze sobą, a, że większość decyzji podejmują drogą głosowania, Aro ma decydujący głos - powiedział Edward, ale wtrącił się Carlisle.
- Owszem, jednak Kajusz, mimo że często ma inne zdanie niż Marek chętniej poszedłby za nim, niż za Aro. Nawet jeśli ten drugi się z nim zgadza. Ma to chyba związek z tym, że to Marek jest najstarszy.
- Marek jednak niczym się nie interesuje. Zostawił władzę Aro, a Kajusz po prostu to akceptuje - podsumował Jasper.
- Tak, nie da się ukryć - Edward spojrzał na wszystkich, jakby się upewniając, że nikt już mu nie przerwie.- W straży Volturi są głównie utalentowane wampiry. Alec i Jane to "piekielne bliźniaki". Ich dary są praktycznie przeciwne. Jane może sprawić ogromny ból, a Alec "wyłącza zmysły". Demetri jest tropicielem, Feliks wprawdzie nie ma daru, ale jest niesamowicie silny, nawet jak na wampira. Renata jest tarczą fizyczną. Zawsze trzyma się blisko Aro. No i oczywiście Heidi. Ona... sprowadza ludzi. Jest również Chelsea. Jej darem jest manipulacja uczuciami. Głowa Volturi również nie jest pozbawiona daru. Aro za pośrednictwem dotyku może przeczytać wszystkie twoje myśli. 


Rozdział jak zwykle spóźniony, ale niestety wcześniej nie miałam czasu pisać. Nie mam pojęcia, kiedy pojawi się następny. Postaram się jak najszybciej. 

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 10

No i znowu was przepraszam. Rozdział miał się pojawić już dawno temu... Mam nadzieję, że mi to wybaczycie...

Rozdział 10
Następny dzień powitałam z miłym zaskoczeniem, ponieważ znów nie miałam koszmaru. Miałam wrażenie, że jest już późno, ale jedno spojrzenie na wyświetlacz komórki sprawiło, że wróciłam do rzeczywistości. Było kilka minut po piątej. Westchnęłam. Od kiedy ja tak wcześnie wstaję? No, od kiedy? Postanowiłam poleżeć jeszcze z godzinkę, a potem wstać, jednak już po pięciu minutach moje postanowienie poszło w niepamięć. Wstałam, wzięłam odpowiednie rzeczy i skierowałam się do łazienki. Postanowiłam zrobić sobie kąpiel. W końcu i tak miałam dużo czasu.
Kiedy wreszcie wyszłam z łazienki usłyszałam krzyk dobiegający z mojego pokoju. Szybko weszłam do środka, ale nikogo nie zobaczyłam. Na podłodze leżała karteczka. Podniosłam ją i przeleciałam wzrokiem po tekście.
Wyszłam na spacer. Wrócę na obiad.
N.
Dopiero po chwili dotarła do mnie jedna bardzo dziwna rzecz. Było to zdecydowanie moje pismo. Odwróciłam kartkę. Nic. Wzięłam głęboki wdech. Ktoś podrzucił tu tę kartkę. Napisał te kilka słów moim stylem, ale nie wiedział, że ja zawsze, na odwrocie kartki piszę: ,,PS: O której obiad?" lub: ,,PS: Tak, wiem o której obiad." Robiłam tak od zawsze. Gdy wychodziłam na spacer i nie byłam pewna, czy wrócę na umówioną godzinę pisałam pierwszą wersję, a jeśli byłam pewna co do długości spaceru (co zdarzało się rzadko) na odwrocie znajdowała się druga wersja. Westchnęłam. Chciałam iść na spacer, ale po zauważeniu tej kartki już nie byłam taka chętna. Ale ktoś, kto tą kartkę napisał najwyraźniej chciał, żebym wyszła. Usiadłam na rogu łóżka i schowałam twarz w dłonie. Może to był żart... ale kogo? Moje pismo znają tu tylko rodzice, w końcu jeszcze nie było potrzeby, żebym coś tu napisała. A poza tym oni wiedzą o tych dopiskach na odwrocie kartki. Zresztą, tata to jeszcze by się na jakiś żart zdecydował, ale mama... no cóż, raczej by mu nie pozwoliła. A co do nowo poznanej rodzinki. Jedyną osobą, którą bym mogła o to podejrzewać jest Emmet, ale on z kolei strasznie boi się Rose. A ona takiego żartu by nie pochwaliła. No więc dalej... Edward, Isabella, Alice, Jesper, Esme i Carlisle... Al i Jasper odpadają... w końcu jeszcze ich słyszę... ich pokój jest zdecydowanie zbyt blisko. Ed i Bella.... hmm... nie, takie żarty to raczej nie w ich stylu, a Esme i Carlisle... odpadają z powodów oczywistych. A więc to nie mógł być nikt z domu. No i ten dziwny krzyk który usłyszałam... czy tylko ja go słyszałam? Przecież... ktoś powinien tu przyjść... a może mi się przesłyszało?
Westchnęłam i sięgnęłam po kartkę. Dopisałam na odwrocie jedno zdanie i wyszłam z pokoju. Po chwili byłam już w salonie, skąd skierowałam się do kuchni. Szybko zrobiłam sobie kanapkę i trzymając ją w ręce wyszłam z domu. Przez kilka pierwszych minut szłam szybciej niż niektórzy biegają, dopiero potem się uspokoiłam. Usiadłam pod drzewem opierając się plecami o szorstką korę. Dopiero wtedy zauważyłam, że ciągle mam w ręce nietkniętą kanapkę. Ja nie czułam głodu, ale mój żołądek miał najwyraźniej inne zdanie, bo zaburczało mi w brzuchu. Zmusiłam się, by wziąć gryza kanapki, a potem kolejnego. W tym tempie zniknęła dopiero po kilku minutach. Odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam oczy. Musiałam się uspokoić i pomyśleć. Kartka... może po prostu któregoś dnia miałam ją zostawić, ale mama zdążyła wstać, więc nie było sensu jej kończyć? I może byłam roztargniona i zamiast do kosza wrzuciłam ją do torebki? Tak, to musi być to. No ale pozostaje jeszcze kwestia krzyku... czy to możliwe, że się przesłyszałam? W końcu ktoś jeszcze by to usłyszał... Tak, musiałam się przesłyszeć.
Otworzyłam oczy i podniosłam  się z ziemi. Postanowiłam pospacerować. Ruszyłam przed siebie nie myśląc o niczym.
Kiedy w końcu stwierdziłam, że już czas wracać dochodziła druga. Czyli na obiad się spóźnię. Westchnęłam. Niby napisałam, że mogę się spóźnić, ale... Chyba czas pobiegać. Zamknęłam na chwilę oczy, a po chwili je otworzyłam jednocześnie ruszając. Jestem najszybsza w klasie, chyba nawet w szkole, więc powinnam się wyrobić z powrotem w jakieś... chwila, ile ja łaziłam? No nic zobaczymy kiedy dobiegnę.
Pół godziny później byłam już bardzo blisko domu. Uśmiechnęłam się. Moja kondycja jest w świetnym stanie. Prawie się nie zmęczyłam.
Kiedy weszłam do domu wszyscy siedzieli w salonie, a ich oczy były skierowane we mnie.
- Mówiłem, że wróci. Ona cały czas chodzi na spacery - powiedział tata uśmiechając się do mnie.
- Ale napisała, że wróci na obiad... - Rose najwyraźniej się martwiła.
- Dopisek z tyłu kartki... mówiłam ci przecież... - mama również się uśmiechnęła, tyle, że do Rosalie.
- Przepraszam, ale straciłam poczucie czasu - powiedziałam uśmiechając się przepraszająco.
- Dobrze, że nie czekaliśmy z obiadem, bo bym tu padł z głodu - powiedział tata próbując brzmieć poważnie.
- Mogłam nalegać, żebyśmy poczekali - stwierdziła Rose najpoważniej w świecie.
- Natalie, pewnie jesteś głodna. Chodź do kuchni to coś ci przygotuję - powiedziałam Esme kończąc kłótnie taty i Rose nim ta się jeszcze zaczęła.
Esme odgrzała mi obiad, a kiedy zjadłam zadzwonił mój telefon. Tak jak się spodziewałam dzwoniła Eva. Poszłam do swojego pokoju i opowiedziałam jej o wszystkim co robiłam, po raz kolejny przeprosiłam, za niezrobienie zdjęć. Wymusiła na mnie obietnicę, że najpóźniej kolejnego dnia jej zrobię i wyślę. Nie widziałyśmy się kilka dni, a już było tyle do opowiadania. Rozmawiać skończyłyśmy, kiedy ją na kolacje mama zawołała. Uśmiechnęłam się. Nigdy nie lubiłam dużo gadać przez telefon. Jeśli chciałam pogadać z Evą wysyłam jej SMSa lub dzwoniłam, że zaraz wpadnę. Wyjątkami były wakacje, ferie i święta, kiedy jedna z nas, lub obie wyjeżdżałyśmy gdzieś.
Przed zejściem na dół, na kolację, weszłam do łazienki. Gdy myłam ręce, w lustrze zobaczyłam twarz. Właściwie, to ta twarz tylko mi mignęła, a kiedy odwróciłam się, nikogo za mną nie było. Zamknęłam na chwilę oczy. Pomyślałam, ze zaczynam mieć zwidy. Wyszłam z łazienki i zeszłam na dół. Byli tam już wszyscy... czy oni zjedli już kolację? No co to jest? Jeszcze ani razu nie zjadłam z nimi posiłku.
- Nat! Czy ty masz zamiar choć raz nie spóźnić się na jedzonko? - zapytał uśmiechnięty Emmet
- Na śniadanie przyszłam wcześniej.
- Ta... na śniadania to my się spóźniamy - Emm zrobił smutną minkę... ja tam chyba czegoś w nim nie łapię... OK, ja go całego nie łapię.
Kiedy zjadłam już kolację wróciłam do swojego pokoju. Byłam strasznie zmęczona, więc szybko położyłam się spać.
Biegłam. Uciekałam. Widziałam drzewa... czyżbym była w lesie? Zaczyna brakować sił. Nagle wbiegłam na polankę. W lesie było ciemno, a na polance oślepiało mnie słońce. Musiałam przymknąć oczy. W pewnej chwili usłyszałam czyjś głos.
- Natalie Black?
- Tak? - odwróciłam się i zobaczyłam chłopca. Musiał być ode mnie trochę młodszy, ale był bardzo ładny... tak ładny. Nie przystojny, jeszcze nie. Jego twarz wydawała mi się znajoma... No tak! Śnił mi się już. No i jego skóra. Świeciła się!
- Jane! Ona jest tutaj! - krzyknął, a sekundę później pojawiła się obok niego dziewczyna. Jej skóra również się świeciła. Musiał być w jego wieku i była bardzo podobna... może siostra? 
- Kim wy jesteście? - zapytałam, mimo, ze odpowiedź nagle wydała mi się oczywista. Kolor oczu, blada, świecąca się na słońcu skóra, szybkość... pewnie gdybym ich dotknęła poczułabym ich zimno. 
- No przecież wiesz. - Dziewczyna uśmiechnęła się ukazując idealnie białe zęby i... kły? Teraz już byłam pewna. 
- Jesteście wampirami - powiedziałam to z takim spokojem w głosie, że aż sama się zaskoczyłam. 
- Tak, a ty jesteś córką pół-wampira i zmiennokształtnego. Takiej mieszanki wybuchowej to jeszcze nie było - powiedziała Jane z uśmiechem. Otwierała usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, kiedy poczułam ciepłą dłoń na policzku. 
Otworzyłam oczy. Nad moim łóżkiem stał tata uśmiechając się wesoło.
- Wiesz, że jest już dziesiąta? - zapytał z uśmiechem
- Że niby która?!
- Dziesiąta.
- Ehh... ale mi się chce jeszcze spać...
- No to śpij. Tylko się nie zdziw jeśli zaraz do ciebie wpadnie  Emmet z wiadrem zimnej wody...
- Już wstaję!!! - Emmet i wiadro wody nie wydają mi się dobrym połączeniem. Ale bardzo realnym. Szybko zerwałam się z łóżka, wzięłam czyste ubrania i poszłam do łazienki. Pół godziny później schodziłam na dół. W salonie nikogo nie było, więc poszłam do kuchni zrobić sobie kanapkę.
Gdy już zjadłam wróciłam do salonu. Przed telewizorem jak gdyby nigdy nic siedział Emmet i oglądał...
- Teletubisie?!
- Tak, dawno się zaczęły, ale jeszcze zdążysz obejrzeć końcówkę! - powiedział uśmiechnięty.
- Hmm... ja chyba podziękuję. A tak właściwie, to gdzie są wszyscy?
- Rose i Al są w pokoju... chyba ustalają, kiedy pójdą na zakupy, Bella, Ed i Nessie chyba poszli na spacer, Jake... nie mam pojęcia gdzie polazł. Jasper i Esme są na po... poszli do szkoły. Muszą coś załatwić. - postanowiłam udawać, że nie zauważyłam tego zająknięcia. Tylko co on chciał wtedy powiedzieć? - Powinni niedługo wrócić.
- Aha... to ja pójdę do siebie. Może Eva wysłała mi jakieś zdjęcia. Znowu.
- A może... - Emmet odwrócił wzrok od teletubisiów - porobimy ci jakieś zdjęcia? Twoja przyjaciółka pewnie już na nie czeka.
- W sumie racja. To co idziemy?
- Tak, tylko Teletubisie się skończą.
Westchnęłam. Lubię Emma, ale on czasem zachowuje się jak pięcioletnie dziecko. Usiadłam obok niego i poczekałam, aż ta jego bajka się skończy.
Piętnaście minut później byliśmy już w lesie. Emmet robił zdjęcia mi i wszystkiemu, co nie uciekło. Kiedy w końcu skończył, zabrałam mu aparat i pstryknęłam mu fotkę. Następnie poszłam do domu i przerzuciłam zdjęcia na laptopa. Wi-fi działało więc od razu wysłałam zdjęcia Evie. Będzie miała co oglądać. Uśmiechnęłam się do siebie i jeszcze raz przejrzałam wszystkie zdjęcia. Zatrzymałam się dopiero na ostatnim. Na zdjęciu Emmeta. Skóra na jego lewej dłoni... świeciła się. Tak jak w moim śnie! Przyjrzałam się dokładniej. To było widać bardzo delikatnie, praktycznie wcale. Ale jednak, ja to widziałam. Może to usterka aparatu? Ale w takim razie dlaczego na pozostałych zdjęciach nic się nie świeci? A może po prostu nie zwróciłam na to uwagi? Miałam cofnąć do poprzedniego zdjęcia, ale usłyszałam głos taty. Najwyraźniej mnie wołał. Westchnęłam i wstałam od komputerka. Kilka sekund później byłam już w salonie. Siedzieli tam już wszyscy. Zdziwiłam się trochę, ale w końcu dochodziła pora obiadu. Może po prostu czekają aż będzie gotowe? No, ale wtedy ktoś byłby w kuchni...
- Siądź, Natalie. Musimy porozmawiać - powiedziała spokojnie Esme. Zdziwiłam się trochę, ale posłusznie usiadłam.
- Twoi rodzice opowiedzieli nam o twoich snach... - zaczął Carlisle - I widzisz...