niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 7

Rozdział 7
 [NATALIE]
Obudziłam się wyspana, szczęśliwa i pełna energii. Z uśmiechem zeszłam na śniadanie. Kiedy zobaczyłam, że mama dopiero zaczyna robić kanapki (a jej to się schodzi, chociaż wychodzą pyszne), postanowiłam pobiegać. Wbiegłam do swojego pokoju i przebrałam się w dres. Kilka sekund później byłam już na dworze. Wzięłam głęboki wdech i pobiegłam w kierunku lasu. Zawsze lubiłam biegać, czułam się wtedy wolna. Nogi same niosły mnie w moje ulubione miejsce. Przysiadłam na przewróconym drzewie i wpatrywałam się w płynącą wodę. Kiedyś szukałam źródła strumyku i muszę powiedzieć, ze go nie znalazłam.
-Może jeszcze raz spróbuję-nieświadomie powiedziałam to na głos. Wstałam i miałam iść, kiedy zaburczało mi w brzuchu.-No tak. Nie jadłam śniadania... a teraz jeszcze gadam sama ze sobą-westchnęłam.
Spojrzałam jeszcze raz na strumyk i pobiegłam w kierunku domu. Po drodze zastanawiałam się, czy w tym roku rodzice znowu zapiszą mnie na jakiś obóz. Tak właściwie, to chciałam spędzić wakacje z nimi. Może wydawać się to dziwne, bo większość osób w moim wieku, no cóż, chce spędzać wakacje z dala od rodziców. Ale ja zawsze byłam inna. Taty często nie było w domu, a mama całymi dniami przesiadywała w biurze. A często nad papierami siedziała jeszcze w domu. W końcu praca prawniczki nie jest łatwa, ale mamie odpowiada. Moje koleżanki kiedyś nie chciały uwierzyć, kiedy powiedziałam kim jest mama. Twierdziły, że bardziej im pasuje na modelkę lub projektantkę. 
 Kiedy stanęłam przed drzwiami zastanowiłam się, czy tata zjadł już wszystkie kanapki, czy kilka zostawił. Weszłam do środka i zobaczyłam, że talerz z wspomnianymi wyżej kanapkami znajduje się tuż przy mamie, czyli poza zasięgiem rąk taty... teoretycznie. Z uśmiechem podeszłam do stołu, wzięłam jedną kanapkę i pobiegłam na górę, do swojego pokoju. Po drodze udało mi się zjeść pół kanapki, a resztę dojadłam szukając ubrań. Kiedy miałam wszystko podszykowane poszłam do łazienki wziąć prysznic. Po kilku minutach zeszłam na dół ubrana w zieloną bluzkę na ramiączkach, czarno-niebieskie dżinsowe spodenki i conversy. Okazało się, że mama nadal broni moich kanapek, chociaż zostało ich znacznie mniej... chyba tacie w końcu udało się kilka podwędzić. Uśmiechnęłam się i wzięłam od mamy talerz. Po dziesięciu minutach kanapki były już tylko wspomnieniem. 
-Mamo,-zaczęłam.-w tym roku pojedziemy razem na wakacje?
-Hmm... tak, moi rodzice nas zaprosili, a dawno u nich nie byliśmy-powiedziała.
-Dawno?-zaprotestował tata.-Ness, ona ich na oczy nie widziała... chociaż nie, widziała. Jak miała półtora roku to nas odwiedzili.
-Faktycznie. No to jedziemy do nich?-mama uśmiechnęła się.
-Skoro zaproszenie już mamy, a my się zgadzamy... pozostaje zapytać naszej córki co o tym sądzi.
-Mi pasuje.-stwierdziłam z wielkim uśmiechem (swoją drogą, ten uśmiech nie schodzi mi z twarzy od rana).
-No to trzeba zacząć się pakować... wyjeżdżamy za trzy dni, a jak was znam to choćbyście się pakowały dzień i noc, to i tak ostatecznie będziemy wracać z lotniska, bo zapomnicie o czymś ,,niezbędnym"-stwierdził tata, za co oberwał od mamy po głowie.
-Czyli wszystko już załatwione?-zapytałam ze zdziwieniem.
-Skąd-odparł tata.-Bilety na samolot jeszcze nie potwierdzone.
-A gdzie oni mieszkają?
-Na Alasce... spakuj cieplejsze rzeczy, bo tam jest chłodno-odpowiedziała mama.-Długie spodnie i kilka bluz. 
-Jak długo tam będziemy?
-Hmm... jeszcze nie wiemy.-odpowiedział tata-Zależy kiedy twoja ciotka mnie wygoni... czy raczej wyrzuci przez okno i to zamknięte.
-Nie przesadzaj.-powiedziała mama, a potem dodała z uśmiechem-Otworzy okno.
Zaśmiałam się.
-Aż tak się kochacie?
-Nawet bardziej-odparł tata.
Pokręciłam głową i poszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam spod łóżka walizkę i zajrzałam do szafy. Po krótkim zastanowieniu wrzuciłam pięć bluz, cztery pary dżinsów, dwa dresy i oczywiście bieliznę. Stwierdziłam, że na razie wystarczy, a poza tym chciałam jeszcze pójść na jakieś zakupy, więc muszę mieć trochę miejsca. Nagle wpadłam na pewien pomysł i ponownie sięgnęłam pod łóżko w poszukiwaniu kosmetyczki. Normalnie powinnam mieć ją na szafce lub w niej, jednak wiedziałam, że mama nie chce, żebym się malowała. Właściwie nie robię tego często, tylko jak jest impreza, a to też zwykle ogranicza się do błyszczyka i cieni do powiek. Nie chodziło mi zresztą o kosmetyki. Miałam tam karteczkę z nazwą perfum, które bardzo mi się podobały, niestety ani w Seattle, ani tym bardziej w Forks nie sposób było je dostać. Pomyślałam więc, że poszukam ich kiedy pójdziemy na zakupy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że kosmetyczki nie ma w zasięgu mojej ręki, wiec praktycznie się tam wczołgałam. Moja ręka natrafiła na płaski, twardy i prostokątny przedmiot. Wyciągnęłam go i zobaczyłam mój pamiętnik. Otworzyłam na pierwszej lepszej stronie. Trafiłam na mój wpis sprzed dwóch, może trzech lat. 
,,Drogi pamiętniczku!
Wczoraj hłopcy znowu nie pozwolili mi grać w piłkę. To niesprawiedliwe, jestem dobra, od niektórych nawet lepsza. Dzisiaj znuw chciałam z nimi zgrać, i byłam prawie pewna, że znowu stwierdzą że to ,,nie dla dziewczyn", ale oni się zgodzili. Powiedzieli, że to tylko dlatego, że drużyny są nieruwne. Powiedzieli, żebym grała na obronie, a mick powiedział ,,jak ktoś z przeciwnej drużyny będzie się zbliżał, to spróbuj kopnąć piłkę w tamtą stronę" i pokazał na bramkę przeciwników. W pierwszej chwili miałam ochotę go kopnąć, ale potem stwierdziłam że nie ma sensu się kłucić i stwierdziłam tylko, że wiem. W przeciwnej drurzynie grał Jack. On jest ze starszej klasy i często jeździ na zawody. Biegł z piłką na bramkę. Chłopcy krzyczeli, żeby go zostawiła i pozwoliła bramkarzowi obronić, albo raczej spróbować obronić, ale nie posłuchałam. Podbiegłam do niego i szybko okiwałam. Po chwili to ja miałam piłkę. Wiedziałam, że zaraz ktoś spróbuje mi ją odebrać wiec podałam do Alana. Wygraliśmy mecz, a Jack poszedł do mojego wychowawcy i powiedział, że powinnam jeździć na jakieś zawody! i że jestem naprawdę dobra."*
Uśmiechnęłam się czytając to. Moja wychowawczyni po tej akcji poszła do trenera starszych klas i powtórzyła co mówił Jack. Następnego dnia kiedy znowu grałam z chłopakami trener przyglądał mi się, a po lekcjach poprosił, żebym przyprowadziła rodziców. W pierwszej chwili pomyślałam, że może coś zrobiłam... Jeszcze raz spojrzałam a kartkę, ale teraz mój uśmiech znikł. 
-Jakim cudem mogłam robić tyle błędów.-jęknęłam i przerzuciłam kilka kartek. Ze zdziwieniem odkryłam listę. Prawie nigdy ich nie robiłam, zwykle tylko opisywałam.
,,Zadania na kolejny rok:
-Odkryć, dlaczego moja skóra delikatnie błyszczy w słońcu.
-Dowiedzieć się, dlaczego jestem szybsza i zwinniejsza od większości osób w szkole, bo wątpię, żeby to był tylko efekt treningów.
-Dowiedzieć się, dlaczego prawie nigdy nie jest mi zimno.
-Dowiedzieć się, dlaczego nigdy nie choruję.
-Dowiedzieć się, dlaczego moje sny czasami się sprawdzają."
-Aaa... postanowienia noworoczne... lista zadań. Ale o co chodziło z tymi snami?? A tak, co mi się przyśnił sprawdzian z... czegoś tam. Przyśniły mi się pytania.-powiedziałam do siebie i uśmiechnęłam się. Nie udało mi się tego odkryć. Przeleciałam wzrokiem po tekście i z zadowoleniem odkryłam, że tym razem nie pojawiły się żadne błędy. Nagle przypomniałam sobie czego szukałam i ponownie wczołgałam się pod łóżko. Po chwili trzymałam w ręce kosmetyczkę. Karteczkę z nazwą perfum włożyłam do kieszeni walizki. Miałam wyjść z pokoju kiedy zadzwonił mój telefon. Zerknęłam na wyświetlacz i natychmiast odebrałam.
-Hej słonko!-usłyszałam wesoły głos Evy-mojej przyjaciółki.
-Hej gwiazdko!-odpowiedziałam.
-Dziś wieczorem jest ognisko w La Push i chciałam zapytać czy nie poszłabyś tam ze mną.
-A ty co będziesz tam robiła?
-Ivan mnie zaprosił, wiesz, że jest stamtąd.
-Eva, ja wiem o nim wszystko. Cały dzień opowiadałaś-powiedziałam.
-No właśnie. A więc pójdziesz?
-A ja ci tam po co?-udałam zdziwienie.
-Jak to po co? Oprócz niego nie znam tam nikogo, więc...
-Postanowiłaś, ze nie będziesz jedyną osobą która nie zna tam nikogo, tak?-zapytałam wyobrażając sobie jak w tej chwili z zapałem i wielkim uśmiechem kiwa głową.
-No weź... będą kiełbaski-to był argument poniżej pasa i ona dobrze o tym wiedziała.
-No dobra... o której to ognisko?
-O osiemnastej. Ivan po mnie... znaczy po nas przyjedzie. Pa
-Pa-powiedziałam i się rozłączyłam. Westchnęłam i z uśmiechem zeszłam na dół, do salonu. Rodzice siedzieli przed telewizorem i oglądali jakiś jakiś film... chyba Rambo... 
-Dziś wieczorem idę na ognisko do La Push.-powiedziałam, a raczej krzyknęłam, bo tata jak zwykle ustawił głośność na maksa. 
-Do La Push?
-Tak. Chłopak Evy, Ivan, ją zaprosił. A ona nie zna tam nikogo, więc poprosiła, żebym poszła z nią. 
-Faktycznie, chwalił się, że przyprowadzi swoją dziewczynę na ognisko i wreszcie wszystkim przedstawi...-myślał na głos tata
-Eee... znasz go?
-No pewnie. Przecież jestem z La Push. Właściwie my też idziemy na to ognisko. Hmm... Ivan ma przyjechać po Evę, tak?-zapytał, a kiedy pokiwałam głową dodał-Zadzwoń do niej, że ją weźmiemy. Ivan będzie mógł pomóc chłopakom. Zadzwonię do niego i mu powiem. 
-OK, to lecę.-powiedziałam z uśmiechem (on nie chce się ode mnie odczepić już od rana, ale nie narzekam).  



*Wszelkie błędy zamierzone. 
I jest rozdzialik, mam nadzieję, że się podoba. 

sobota, 27 lipca 2013

Rozdział 6

                                    
[RENESMEE]
Kiedy Natalie skończyła opowiadać swój sen zamurowało mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam od razu iść opowiedzieć o wszystkim Jake'owi, ale nie chciałam zostawiać Nat samej. Natalie jednak chyba poczuła się lepiej, kiedy opowiedziała mi to i nie chciała, żebym z nią została. Kiedy tylko weszłam do swojej sypialni rozpłakałam się.
- Hej, Ness, co jest? - Jake przytulił mnie.
- Nat... miała sen... o Volturi. Rozumiesz?
- I?
- Powiedziała, że śniła jej się ich rozmowa... - w tamtej chwili nie wytrzymałam i rozpłakałam się jeszcze bardziej. Wiedziałam, że jeśli ona we śnie może zobaczyć Volturi, o których nic nigdy nie słyszała. I ona nie wie o tym kim jest... razem z Jake'm chcieliśmy, żeby miała normalne dzieciństwo... a jej się śniło, jak Volturi rozmawiają o moim pochodzeniu!!! 
- Ness... spokojnie, nie płacz już. Będzie dobrze... - Jake przytulał mnie i szeptał mi do ucha coś co miało mnie pocieszyć. Nie wiem co, czy jego słowa, czy obecność przy mnie pomogły mi się uspokoić. Wzięłam głęboki oddech i opowiedziałam mu, co usłyszałam od naszej córki. 
- Jeśli ona może widzieć w czasie snu co się gdzieś dzieje?! Musimy coś zrobić - zakończyłam, a po mojej twarzy znów zaczęły płynąć łzy. Volturi planowali zabić moją córeczkę, moją Natalie. Nie mogłam im na to pozwolić, ale w tamtej chwili czułam się bezsilna.
- Spokojnie... zadzwonimy do Carlisle'a, wyjaśnimy sytuację. On na pewno coś wymyśli.
- Dobrze... ja zadzwonię... - powiedziałam i drżącą ręką sięgnęłam po komórkę. Szybko wystukałam odpowiedni numer.
- Edward Cullen. Słucham - usłyszałam głos taty. Zerknęłam na wyświetlacz. Wpisałam numer Carlisle'a, więc dlaczego nie on odebrał?
- Hej tato - powiedziałam drżącym głosem. 
- Cześć córciu. Coś się stało?
- Tak... Muszę porozmawiać z Carlisle'm.
- Jest na polowaniu...
- Kiedy wróci? - zapytałam. 
- Nie wiem. Niedawno wyszedł. Przekazać mu coś?
- Ja... chodzi o Natalie... - mój głos się załamał.  Jake delikatnie wyjął mi z dłoni komórkę. 
- Edward? Natalie miała sen o Volturi. Jeśli była to jakaś wizja, to nie jest za dobrze.
- Jake, opowiedz ten sen - usłyszałam przytłumiony głos taty. Po chwili Jacob streścił całą rozmowę ze snu Nat. 
- I co o tym myślisz? - zapytał, mimo że znał odpowiedź. Jedyne co tata mógł wtedy zrobić. 
- Że powinniście nas odwiedzić. Carlisle'a ma odwiedzić Eleazar. Jeśli okaże się, że to był dar... no cóż, będziemy musieli zacząć coś planować. - Głos był jeszcze bardziej przytłumiony. Gdybym była człowiekiem, z pewnością nic bym nie usłyszała. 
- Będziemy za... - Jake zastanowił się przez chwilę. - Cztery dni. Pasuje wam?
- Tak. Czekamy - powiedział jeszcze tata i się rozłączył.
- Będzie dobrze. Zobaczysz - powiedział cicho Jake. 
- Jutro kup bilet na samolot. I jak będziesz się pakował, nie zabieraj za dużo rzeczy. Ja, Al i Rose zabierzemy cię na zakupy - powiedziałam, a Jacob uśmiechnął się, widząc, że się uspokoiłam. Świadomość, że niedługo będę przy rodzinie sprawiała, że zniknęło to uczucie bezsilności. Wiedziałam, że oni będą mnie wspierać. Spojrzałam na Jake'a. Jutro na pewno pojedzie do La Push. Opowie im o wszystkim. Dla Jake'a ważniejsze od sfory byłyśmy tylko my; ja i Nat. To wiedziałam na pewno. Wiedziałam też, że jeśli ktoś będzie chciał skrzywdzić Natalie, sfora ją ochroni. Nie raz widziałam jakiegoś wilka obserwującego naszą córkę. Najczęściej była to Lea. Tak... Nati jest chroniona tu i będzie chroniona u Cullenów. Znając moją rodzinkę, nawet na chwilę nie spuszczą jej z oczu.     


sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 5

                       
                          [ALICE]
Stałam w salonie wpatrując się w zegarek. Kiedy zobaczyłam, że minęło dokładnie pół godziny wyciągnęłam z kieszeni komórkę i miałam zadzwonić do Jakoba i Nessie. Nagle moje oczy zaszły mgłą i na jedną setną sekundy ogarnęła mnie ciemność, potem jednak coś zobaczyłam. Ness i Jacob stali przytuleni. Natalie śmiała się z czegoś co powiedział Alec. Wszyscy sprawiali wrażenie szczęśliwych. Aro podszedł do Ness i wręczył jakieś bilety. Chyba do Seattle. Po chwili Jake zawołał Natalie i cała trójka wyszła. Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Chociaż w sumie powinni się przyzwyczaić, że zwykle po wizji zmienia mi się humor. W wampirzym tempie wykręciłam numer Jake'a.
- Co widziałaś? - usłyszałam Bellę, jednak pokręciłam przecząco głową i czekałam aż Jake odbierze.
- Nie masz zasięgu - odezwała się Rose. Spojrzałam na wyświetlacz i westchnęłam.
- Pójdę na dach - poinformowałam ich. Kilka sekund później ponownie wybierałam odpowiedni numer. Kiedy skończyłam rozmawiać zeszłam do salonu i zobaczyłam wyczekujące miny mojej rodzinki.
- Nie słyszeliście rozmowy? - zdziwiłam się, a oni pokręcili przecząco głowami.
- Powiesz nam o co chodzi? - zapytał w końcu misiek
- Jasne. Miałam wizję - powiedziałam i zaczęłam opowiadać. Kiedy skończyłam wszyscy byli spokojni. Każdy z nas martwił się o Ness i Nat... no i o Jake'a. Bella nieźle da popalić rudemu, że nic jej nie powiedział.
- Nie jestem rudy!
- Jesteś - stwierdziła spokojnie Bella.
- Jak to? - Edward był zaskoczony,  Bella zwykle popierała go w tej kwestii.
- Normalnie. Rude jest wredne, więc jesteś rudy - powiedziała to takim tonem, jakby tłumaczyła coś oczywistego. Teraz Emm nie wytrzymał i ryknął śmiechem, a po chwili dołączyli do niego (prawie) wszyscy.
                                      [JACOB]
Zadzwonił telefon. Westchnąłem i odebrałem. Tak jak się spodziewałem usłyszałem głos Alice
- Volturi was nie zabiją - praktycznie zaśpiewała dziewczyna. Trybiki w moim mózgu się uruchomiły. Wpadłem na dwie opcje. Pierwsza: wymyślili jakiś plan; i druga: Alice miała wizję.
- Jak to? - zapytałem.
- Hmm... wiem, że zaproszą was do Volterry. Być może spróbują namówić Ness do wstąpienia do nich, ale nie mam pewności. Wiem natomiast, że nic wam nie zrobią. - Czyli Alice miała wizję.
- Dzięki. Przekażę Ness - powiedziałem, ale kiedy spojrzałem na żonę poprawiłem się. - Uczczę to z Ness.... Słuch to ma po was.
- Jasne, że tak. To pa.
Rozłączyłem się i podszedłem do żony. Uśmiechnęła się i mnie pocałowała. Po chwili leżeliśmy na łóżku....
                                 [NATALIE]
Spędziłam i Evy cały dzień. Rozmawiałyśmy... a zresztą, kogo ja oszukuję - cały dzień słuchałam jej opowieści o chłopaku. Odpowiedziałabym chyba na każde pytanie dotyczące jego. Wiem jaki ma kolor oczu, jak wyglądają jego włosy w świetle zachodzącego słońca, znam imiona najbliższej rodziny, wiem gdzie chodzi do szkoły i z kim siedzi na jakiej lekcji... Ehhh... Eva na serio się zakochała. Jeśli gadała o chłopaku cały dzień, nie dając nawet dojść mi do słowa, to coś znaczy. No i wiedziała o nim coś więcej, niż jak wygląda. Tak, to na pewno coś znaczy.
Kiedy wróciłam do domu, akurat na kolację, zauważyłam dwie rzeczy. Pierwsza - zamówiliśmy pizze, bo mama nie zrobiła nic do jedzenia. Druga - rodzice najwyraźniej zaczęli się ubierać jak usłyszeli, że wróciłam. A na dodatek chyba myślą, że nie wiem co robili. Hmm... jestem chyba dziwna, bo nie wydaje mi się to dziwne. Pamiętam jak tuż przed wakacjami dziewczyna z mojej klasy - Kamila opowiadała, że jej mama jest w ciąży. Kiedy ktoś jej pogratulował stwierdziła, cytuję ,,Nie miałam pojęcia, że oni jeszcze TO robią. Rozumiem świeżo po ślubie... ale oni są małżeństwem już 18 lat." Reszta dziewczyn wtedy pokiwała głowami stwierdzając, że Kami ma rację. No cóż, może gdyby mieli takich rodziców jak moi, byliby przyzwyczajeni. Mam pokój naprzeciwko ich sypialni i często coś słyszę...
- Nat, co ty dzisiaj taka zamyślona? - zainteresował się tata. Prawie zaśmiałam się na myśl o reakcji rodziców, gdybym im powiedziała o czym myślałam.
- A, nic. Myślałam o nowym chłopaku Evy.
- Aha, kto to taki?
- A taki jeden z La Push. Ivan
- I dużo o nim mówiła?-zainteresował się tata.
- Tak, cały dzień. Ehh... nie wiedziałam chłopaka na oczy, a mam wrażenie, że go znam. - zaśmiałam się.
Po kolacji poszłam do siebie. Było jeszcze za wcześnie, żeby iść spać więc wzięłam książkę. Zwiadowcy. Księga 1. Ruiny Gorlanu - widniało na zniszczonej już oprawce. Pierwsza część, najlepsza. Czytałam to już chyba ze sto razy. Uśmiechnęłam się, położyłam na łóżku i otworzyłam na osiemnastej stronie.
Kiedy skończyłam książkę, zerknęłam na zegarek. Dwudziesta trzecia trzydzieści. Trzy godziny siedziałam nad książką. Westchnęłam i odłożyłam ją na szafkę. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, a kilka minut później leżałam w łóżku. Zasnęłam praktycznie od razu.
Trzydziestoparoletni, ciemnowłosy mężczyzna - jeden z tych, którzy gonili mnie w tamtych snach - poszedł do czarnowłosego, ok. siedemnastoletniego chłopaka. Kiedy przyjrzałam mu się uważniej, ze zdumieniem odkryłam, że w przeciwieństwie do reszty ma złote oczy. 
- Eric! Jesteś pewien, że Alice dostała te fałszywe wizje? Oni nie mogą się spodziewać ataku.
- Tak, panie. - Chłopak ukłonił się. - Ona myśli, że ich tu zaprosicie, porozmawiacie z nimi, a potem bezpiecznie odeślecie do domu. 
- Bardzo dobrze. - Mężczyzna uśmiechnął się z uznaniem.
- Tylko... ona wcześniej miała wizję w której ich zabijacie... Ale teraz pewnie myśli, że to był fałszywy alarm. 
- Hmm.... dobrze. Alice ufa swoim wizjom. Teraz będziemy mogli zabić te hybrydy. 
- Obie? - odezwał się jakiś mężczyzna. Był starszy od tego, który rozmawiał z Ericem, ale był do niego podobny. Może starszy brat? - Ale, Aro, Renesmee jest niegroźna. Dobrze o tym wiesz.
- Wiem Marku, ale ona na pewno stanie w obronie córki. A zresztą, niepotrzebne nam są hybrydy. Ani ludzie, ani wampiry, a jednocześnie i ludzie i wampiry. Nigdy nie wiadomo po czyjej stronie staną. 
- Hybrydy? - zdziwił się Eric.-  One są pół wampirami?
- Renesmee tak, a jej córka dodatkowo ma w sobie zmiennokształtnego. 
Obudziłam się zlana potem. Dopiero kiedy weszła mama uświadomiłam sobie, że musiałam krzyczeć.   
- Znowu koszmar?
- Teraz był trochę inny - szepnęłam i przyjrzałam się mamie. Miała potarganie włosy i włożyła szlafrok... Hmm... kiedy taty nie ma w nocy przychodzi w samej piżamie. Najwyraźniej im w czymś przeszkodziłam...
- Opowiesz mi go? - zapytała mama, przerywając moje rozmyślania. Ostatnio łatwo odwrócić moją uwagę.
- Może to mi pomoże - westchnęłam. Przymknęłam oczy i opowiedziałam wszystko, każdy szczegół jaki zapamiętałam.
- Hmm... przypomina mi to trochę legendy, jakie tata opowiadał ci jak byłaś mała. O zimnych ludziach - jak później rozszyfrował - wampirach i ludziach zmieniających się w wilki. Może to przez to? - zapytała przytulając mnie.
- Może - odpowiedziałam przypominając sobie te opowieści. Aż dziwne, że sama na to nie wpadłam. Hmm... najwyraźniej mój mózg ma własny tok myślenia i przypomina sobie wszystko kilka miesięcy przede mną. Ta... jestem dziwna.
- Śpij, posiedzę tu.
- Nie trzeba. Już jest w porządku. Idź do taty, jeszcze się stęskni - mruknęłam, a po chwili już spałam.