piątek, 4 grudnia 2015
Rozdział 15
Następne dni mijały mi szybko. Leah, kiedy tylko poczuła się lepiej, przyszła do mnie i zaproponowała, żebym wybrała się z nią gdzieś, kiedy wrócimy do domu. Biorąc pod uwagę, że nie chciała rozmawiać o niczym szczególnym tutaj, domyśliłam się dlaczego to zaproponowała.
W końcu nadszedł czas powrotu. Z jednej strony nie mogłam się doczekać spotkania z Evą i resztą znajomych, ale z drugiej wiedziałam, że będę tęskniła za tą rodzinką.
Przespałam cały lot. Kiedy mama mnie obudziła prawie wszyscy już wyszli. a lotnisku czekała na mnie Eva.
- Wreszcie wróciłaś! - krzyknęła kiedy tylko mnie zobaczyła. Podbiegłam do niej i się uściskałyśmy.
- Tak, wróciłam. Jak ja się za tobą stęskniłam!
Eva wypytywała mnie o wszystko, a ja, chcąc, nie chcąc, odpowiadałam na jej pytania. Po kilku minutach zobaczyłam Ivana. Pomachałam do niego, a on podszedł do mojego taty, żeby z nim porozmawiać.
- Wracasz z nami - powiedziała w pewnej chwili, a następnie wskazała na Ivana. - Obiecał, że załatwi z twoimi rodzicami, żebyś pojechała z nami do La Push.
Uśmiechnęłam się.
Kilka minut później siedziałam w samochodzie z Ivanem i Evą. Opowiadałyśmy sobie o tym, co robiłyśmy na wakacjach, kiedy nagle Ivan pokręcił głową i powiedział.
- Możesz powiedzieć jej o wszystkim. I tak wie.
Spojrzałyśmy na niego w jednej chwili, a w samochodzie zrobiło się cicho.
- Nat, Eva jest moją dziewczyną i nie ma szans, bym kiedykolwiek przestał to do niej czuć. Kiedy kogoś sobie wpoimy, to możemy powiedzieć tej osobie o wszystkim. Eva... ojciec Natalie jest taki jak ja, a jej mama... no cóż... wyjaśnicie to sobie same.
Nikt już nie odezwał się ani słowem. Eva wiedziała. To wszystko zmieniało. I sprawiało, że była w niebezpieczeństwie.
Gdy wyszłyśmy z samochodu, zostawiłyśmy Ivana i poszyłyśmy a plażę.
- Od kiedy wiesz? - zapytałam
- Przyszedł do mnie, jak wróciłam ze szpitala. Wyjaśnił wszystko i przemienił się, kiedy nie chciałam mu wierzyć. Nie pomogło, bo wydawało mi się, że mam halucynacje. Ale później zrobił to znowu. Kiedy zorientowałam się, że twój tata jest taki jak oni... myślałam, ze wiedziałaś o wszystkim i chciałam się na ciebie powściekać, ale Ivan powiedział, że o niczym nie wiesz. Strasznie trudno było mi niczego ci nie zdradzić.
- Moja mama jest w połowie wampirem. Odwiedzaliśmy wampirzą rodzinkę. I okazało się, że mam jakiś dar. A dokładnie to sny - powiedziałam patrząc na wodę. - Śnię o przyszłości, chyba też o teraźniejszości, ale czasem też nic realnego. Mój mózg po prostu tłumaczy mi w ten sposób to, co nie zostało powiedziane. I są jeszcze Volturi. Oni są...
- Rodzinka królewska - powiedziała Eva. - Coś tam mi Ivan wspominał.
- Dokładnie. I chcą się mnie pozbyć. Zostałam nawet zaatakowana, ale na szczęście nic wielkiego mi się nie stało. Gorzej było z Leą.
- Była tam z wami?
- Tak. Ona i Seth. Wyszłam z nią i wampir nas zaatakował. Zranił Leę - powiedziałam i miałam nadzieję, że Eva nie będzie zadawać pytań. Nie chciałam jej okłamywać.
- Zaatakują was? Volturi?
- Tak, zimą.
- Opowiedz mi o wszystkim - poprosiła a ja kiwnęłam głową i zaczęłam mówić. Opisałam Cullenów, ich dary i wszystko o czym się dowiedziałam. Powiedziałam również, że jeden ze strażników Volturi nam pomaga, ale nie powiedziałam dlaczego. Obiecałam Lei, że nikomu nie zdradzę kim dla niej był.
Kiedy wróciłam do domu było już późno, jednak nie byłam zmęczona. Weszłam do kuchni, tata robił sobie kanapkę... albo dziesięć.
- I co, Eva cię zagadała?
- Tym razem chyba ja miałam więcej do opowiedzenia - powiedziałam, nie uśmiechając się. Tata spojrzał na mnie i pokiwał głową.
- Teraz, gdy obie już wiecie będzie trochę inaczej.
- Ale czy to... czy ona nie będzie w niebezpieczeństwie? Skoro wie, to...
- Ivan nie dopuści żeby coś jej się stało. A poza tym, gdyby nie wiedziała o nas, byłaby w jeszcze gorszej sytuacji. Aby dojść do ciebie ktoś mógłby posłużyć się nią. Teraz wie, żeby uważać.
- Martwię się o nią - przyznałam. Tata przytulił mnie.
- Nic jej się nie stanie. Jeśli zrobi się niebezpiecznie obie zostaniecie przeniesione do La Push.
Słowa taty mnie uspokoiły, jednak mój mózg chyba nie był przekonany. Przez całą noc miałam koszmary. Rano już nie pamiętałam prawie nic. A to, co zapamiętałam przerażało mnie. Zapamiętałam mnóstwo krwi, ranną Evę, Ivana i moich rodziców. Jedyne co mnie pocieszało to fakt, że nie były to moje wizje, ale zwykłe koszmary. Czułam różnicę, nie byłam do końca pewna, na czym polegała, ale byłam jej pewna.
Rano wpadła Leah. Miałyśmy się gdzieś razem wybrać.
- Sam jedzie do Seatle. Możemy wpaść do centrum.
- Mi pasuje. Nie chciałaś iść na zakupy z Alice i Rosalie, więc trzeba to nadrobić.
- Ja się dziwię, ze zaproponowały to tyko raz - zaśmiałyśmy się.
Kilka minut później pod moim domem zatrzymał się samochód.
- Leah jedzie na zakupy. Jak dawno ja tego nie widziałem - zaśmiał się mężczyzna. Był już po trzydziestce, a ja przypomniałam sobie, że Leah była w podobnym wieku, tylko wyglądała na siedemnaście.
- Sam, od dłuższego czasu chodzisz za kimś innym, nic więc dziwnego, że nie widzisz mnie na zakupach.
- Ale nie mam na myśli tych spożywczych.
- Jakie śmieszne - warknęła Leah, a mężczyzna się zaśmiał.
- Nat, dopilnuj, żeby kupiła jakąś sukienkę. Od jej przemiany widziałem ją w sukience trzy razy. W tym raz na moim ślubie.
- Nie przesadzaj - zaśmiała się Leah. - Jestem pewna, że więcej. Co najmniej cztery.
- Liczyłem. Trzy.
- Przymierzałam dwie sukienki - przypomniała mu Leah, a Sam uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Zawsze byłaś lepsza z matmy.
- Lepsza? Chłopie, gdyby nie ja, nie skończyłbyś szkoły. A byłam klasę niżej.
- Nie moja wina, że nie mam głowy do liczb - odpowiedział, wzruszając ramionami. - Ale gdyby nie moje odpowiedzi z chemii, ty też byś daleko nie zaszła.
- Uczciwy układ - powiedzieli jednocześnie i zaśmiali się. Leah wydawała się naprawdę rozluźniona i spokojna. Najwyraźniej lubiła Sama.
Kiedy wysiadłyśmy z samochodu, Leah pomachała Samowi.
- Byliście w jednej szkole? - zapytałam, a ona kiwnęła głową.
- Sam jest rok starszy i też jest zmiennokształtnym, ale wpoił sobie Emily i przestał się przemieniać. Chciał spędzić z nią życie. Kiedyś byłam w nim zakochana. On we mnie też. A potem Emily postanowiła mnie odwiedzić.
- Z tego co zauważyłam, to chyba już ci przeszło - powiedziałam ostrożnie, a ona kiwnęła głową.
- Na początku strasznie rozpaczałam. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego zostawił mnie dla mojej kuzynki, gdy tylko ją zobaczył. To było przed mją przemianą. A potem poznałam Erica - powiedziała, a po chwili uśmiechnęła się. - Dajmy temu spokój. Chcę spędzić trochę czasu jak normalny człowiek. Co ty na to? A o poważnych sprawach jeszcze zdążymy porozmawiać.
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
Zakupy z Leą były prawie tak wyczerpujące jak te z Evą. A moja przyjaciółka była zakupocholiczką.
- A może jednak ją przymierzysz? - zasugerowałam, gdy Leah przeglądała bluzy. Znaczy udawała, że przegląda. Tak naprawdę skupiała się na niebieskiej sukience do kolan.
- Nie, wiesz, że nie potrzebuje bluz - powiedziała.
- Od pięciu minut co chwila zerkasz na tamtą sukienkę. Przymierz ją.
Leah w pierwszej chwili chciała zaprotestować, ale chyba zmieniła zdanie.
- Ostatnio miałam na sobie sukienkę ponad dziesięć lat temu. Na ślubie Sama i Emily - powiedziała i spojrzała na mnie. - Eric uwielbiał jak zakładałam sukienki.
Kiwnęłam głową i nie nalegałam. To rozstanie nadal ją bolało, a ona nie mogła nawet o tym porozmawiać. Do tej pory.
- Chyba najwyższy czas jakąś kupić - powiedziała nagle, wzięła do ręki sukienkę i poszła do przebieralni.
Kiedy skończyłyśmy zakupy ja miałam zieloną bluzeczkę i czerwoną spódniczkę, a Leah miała trzy sukienki i mnóstwo topów i szortów. Kupując je wybierała te najtańsze. Stwierdziła, że i tak niedługo niewiele z nich zostanie. Nie zdziwiło mnie to. Czasem nie było czasu na zostawienie ubrania w odpowiednim miejscu, a czasem nawet na zdjęcie. Sfora pilnowała naprawdę dużego terenu, nie tylko La Push, więc często natykali się na wampiry. Często zostawali na obrzeżach po kilka dni, najczęściej udając, że są na kempingu. Nawet namioty ze sobą brali. Głównie w razie gdyby kogoś spotkali. I czasem tym kimś są wampiry. Tak więc nie ma czasu na wiele rzeczy, jak na przykład martwienie się ubraniami.
- To co, idziemy na lody? - zaproponowałam, a Leah kiwnęła głową. Zamówiłyśmy dwie duże porcje i usiadłyśmy przy stoliku.
Żadna z nas nie miała ochoty rozmawiać o wampirach, sforze, czy niebezpieczeństwie, w którym byłam. Spędziłyśmy czas jak dwie normalne nastolatki i chciałyśmy, żeby tak zostało.
Zjadłyśmy lody, kiedy zadzwonił telefon Lei. Dzwonił Sam.
- Załatwił, co miał załatwić i będzie na parkingu za jakieś dziesięć minut - powiedziała Leah, kiedy tylko się rozłączyła. Uśmiechnęłam się do niej.
Wróciłyśmy do La Push. Leah zaprosiła mnie do siebie. Kiedy tylko weszłyśmy zobaczyłam Setha.
- Leah, zaraz lecę na patrol, wrócę rano. Możesz zrobić zapiekankę? - rzucił, nawet nie odwracając się. Szukał czegoś w szafce. - Widziałaś moje chipsy?
- Te, które zjadłeś wczoraj? Owszem, co najmniej pół paczki nadal leży na podłodze w twoim pokoju.
- Ale kupiłem dwie paczki - powiedział, nadal otwierając szafkę za szafką.
- I zjadłeś dwie paczki. Jeśli Nat mi pomoże, to zrobię ci tą zapiekankę. A teraz leć, bo jak znowu się spóźnisz to ja będę słuchała narzekań Jake'a.
- Natalie? - Odwrócił się i uśmiechnął. - Nie wiedziałem, że przyszłaś.
- Zauważyłam. A teraz leć, tylko uważaj na siebie - powiedziałam z uśmiechem. Seth kiwnął głową i wyszedł. Leah zaśmiała się.
- Nawet o jedzeniu zapomniał. To naprawdę coś.
- A ja nie wiem co robić - powiedziałam cicho, nie patrząc na przyjaciółkę.
- Z Sethem i wpojeniem? - upewniła się, a ja kiwnęłam głową. - Początki nigdy nie są łatwe, nawet w normalnych związkach. A tutaj... możesz być pewna Setha, wpoił sobie ciebie, więc nigdy nie przestanie cię kochać. Ale ty nie możesz zapewnić mu tego samego. Ale potem jest lepiej. Przerabiałam to już kilka razy. Emily czy nawet Eva - jak się dowiedziała rozmawiała ze mną i Emily.
- A jeśli nie pokocham go? - zapytałam. - To go zrani i...
- Nie martw się. On będzie chciał twojego szczęścia. Bardziej zraniłoby go, gdybyś dla niego udawała. Na razie nie przejmuj się tym.
Leah uśmiechnęła się do mnie, a ja uspokoiłam się.
- Przepraszam. Ostatnio dużo się dzieje. Za dużo - powiedziałam.
- Też tak uważam. Dobrze, że pojechałyśmy na zakupy. Choć na chwilę się od tego oderwać...
Poszłyśmy do pokoju Lei. Nie był za duży, ale ładny. Ściany pokoju były błękitne. Nie było dużo mebli: drewniana szafa, jednoosobowe łóżko i biurko, przy którym stało krzesło. Na biurku z lewej strony leżał laptop, a prawa część była zawalona zeszytami i książkami. Na podłodze leżał gruby, jasny dywan. Pomijając biurko, było idealnie czysto.
Leah otworzyła szafę - nie sądziłam, że porządek w szafie jest możliwy, ale jej się udało. Wyjęła jakieś ubrania i wyszła do łazienki się przebrać.
Bardzo podobała mi się jej szafa. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek taką widziała. Podeszłam, żeby przyjrzeć się jej, kiedy wróciła Leah.
- Ładna ta szafa. Dawno ją kupiłaś? - zapytałam, uśmiechając się.
- Zrobił ją mój tata jak byłam jeszcze mała - powiedziała i delikatnie się uśmiechnęła. - Śmiał się ze mnie, bo wrzucałam na najwyższą półkę swoje zabawki, a potem nie byłam w stanie ich wyciągnąć.
Kiwnęłam głową, ale nic nie powiedziałam.
Mam zamiar dokończyć tą opowieść. Nie wiem, czy rozdziały będą pojawiały się regularnie, ale na pewno będą. Nie wiem, czy po tak długiej przerwie ktoś to jeszcze czyta, ale jak na razie nie jest to dla mnie aż tak bardzo ważne. Po prostu chcę to dokończyć.
czwartek, 12 lutego 2015
Zawieszenie
Hej!
Zawieszam bloga do kwietnia. W tym roku piszę egzaminy gimnazjalne i mam bierzmowanie (a w kompendium prawie sześćset pytań). Zależy mi na dobrych ocenach i dobrym wyniku oraz o przystąpieniu do sakramentu bierzmowania, a więc zawieszam bloga. Po prostu nie mam czasu pisać. Ale jak wrócę rozdziały powinny pojawiać się bardziej regularnie :)
Zawieszam bloga do kwietnia. W tym roku piszę egzaminy gimnazjalne i mam bierzmowanie (a w kompendium prawie sześćset pytań). Zależy mi na dobrych ocenach i dobrym wyniku oraz o przystąpieniu do sakramentu bierzmowania, a więc zawieszam bloga. Po prostu nie mam czasu pisać. Ale jak wrócę rozdziały powinny pojawiać się bardziej regularnie :)
sobota, 25 października 2014
Rozdział 14
Wampir szedł do mnie powoli. Wiedział, że nie musi się spieszyć. Nie byłam w stanie się ruszyć, a on się zbliżał. Miał na sobie ciemnozieloną pelerynę, a na głowie kaptur, którego cień padał na twarz. Nagle wampir zatrzymał się i spojrzał w lewo. Dosłownie po kilku sekundach pojawił się inny wampir. Ten również był w pelerynie, tylko czarnej. Stał do mnie tyłem.
- Zostaw ją! - powiedziała wampirzyca. Przyjrzałam się jej uważniej. Płeć określiłam na podstawie głosu, ale to tyle. No i ten głos wydawał mi się dziwnie znajomy.
- Niby dlaczego? - zapytał ten w zielonej pelerynie.
- Bo cię o to proszę - powiedziała wampirzyca zsuwając kaptur. Zobaczyłam jasne włosy. Jane. Wampir chyba też zorientował się z kim ma do czynienia, bo ukłonił się i zwiał. Tak po prostu. Jane odwróciła się.
- Oni są coraz głupsi - powiedziała bardziej do siebie niż do mnie. - Uratowałam ci życie, więc w ramach wdzięczności mogłabyś nikomu o mnie nie wspominać.
- Edward czyta w myślach - powiedziałam. Wampirzyca spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Nagle dotarło do mnie, że znam ją tylko ze snów. Pewnie spodziewała się, że będę się jej strasznie bała i nie wiem co jeszcze.
- Wiesz kim jestem? - zapytała, a ja kiwnęłam głową.
- Jane Volturi, masz brata Aleca. Wielu nazywa was piekielnymi bliźniętami - powiedziałam, po czym zawahałam się. Postanowiłam jednak zaryzykować. - Eric wymógł na tobie obietnicę, że będziesz mnie chronić.
Zaskoczyłam ją. Widziałam to.
- Skąd to wiesz?
- Mam sny. Widziałam waszą rozmowę.
Jane spojrzała na mnie z przerażeniem.
- Nikt nie może się dowiedzieć. Nawet twoja rodzina.
- Ale... Leah już wie.
- Od dawna?
- Od kilku dni. Ale tylko ona - zapewniłam Jane, ale wampirzyca pokręciła głową.
- Wie cała sfora. W końcu to zmiennokształtna.
- Nie wiedzą. - Leah opierała się o drzewo. Zastanowiłam się, jakim cudem Jane jej nie wyczuła.
- Naszyjnik... widzę, że opanowałaś go - wampirzyca spojrzała chłodno na Leę.
- Owszem. W jakichś pięćdziesięciu procentach.
- Planowałaś zaatakować? - zapytała kpiąco Jane. Leah nie była w najlepszym stanie. Jedna ręka zwiała jej bezwładnie, przez brzuch biegła rana. Nie zagrażająca życiu, ale na pewno utrudniająca poruszanie się.
- Raczej doczołgać się do Cullenów i powiadomić o całej sytuacji.
- Dlaczego się nie zmieniłaś? - zapytałam. W końcu nawet jeśli ani Seth, ani tata nie są w formie wilków, to ktoś z jej sfory jest. I mógłby wykonać telefon znacznie szybciej niż Leah doszłaby do domu.
- Bo... - Leah spojrzała nieufnie na Jane, ale odpowiedziała. - Nie mogę. Nie wiem co on mi zrobił, ale nie mogę.
Jane zareagowała natychmiast. Podbiegła do Lei i kazała jej usiąść. Nie byłam pewna co robiła, ale na badanie to nie wyglądał. Po dobrych kilku minutach Jane wstała.
- Nie zranił cię niczym co mogło do tego doprowadzić. To musi być jego dar. Musisz zneutralizować to za pomocą naszyjnika.
- Myślisz, że nie próbowałam?
- Na spokojnie. Odpocznij, uspokój się. Natalie nic nie grozi. Musisz się uspokoić.
- Od kiedy pijawki pomagają zmiennokształtnym?
- Uznajmy, że od dzisiaj.
Leah westchnęła ale położyła się. Jane podeszła do mnie i podała mi bransoletkę.
- Skup się na tym co się wydarzyło i wymyśl inną wersję. Cokolwiek. Tylko ustal to z Leą. Ja odejdę, jak tylko będzie mogła się zmienić.
Przez kilka następnych minut siedziałyśmy w ciszy. Nagle zdałam sobie sprawę, z tego, że noga już prawie mnie nie bolała. Delikatnie dotknęłam nogi. Jane zauważyła mój ruch i podeszła do mnie. Zbadała kość.
- Prawie się zrosła - powiedziała zaskoczona. - Ale... to za mało czasu. Nawet uwzględniając twoje... korzenie.
Nie zapytałam o co jej chodziło. Wiedziałam.
- Takiego przypadku jak ja jeszcze nie było. Raczej nie zgadniemy jak będzie funkcjonował mój organizm - powiedziałam, a Jane się uśmiechnęła. Leah podniosła się.
- Udało się - powiedziała tylko, a wampirzyca narzuciła kaptur i odbiegła. Tak po prostu, bez słowa.
- Udało mi się odgonić tego wampira. Pojawiłam się w wilczej postaci i z nim walczyłam. Tylko tyle musisz wiedzieć - powiedziała, a ja kiwnęłam głową. Skupiłam się na tym wszystkim.
- No i widzisz, tak to się robi.
- A... dlaczego nikogo nie wezwałaś? - zapytałam nagle zauważając lukę w wersji Lei.
- Podczas pierwszej walki wampir pozbawił mnie przytomności. Kiedy się obudziłam nie słyszałam nikogo. Byłam sama. Ale teraz spróbuję jeszcze raz.
Leah odeszła kawałek, aby się zmienić. Wciąż miała trudności z chodzeniem, a jej ręka nie wyglądała nawet odrobinę lepiej.
Dziewczyna wróciła po kilkunastu minutach. Była zmęczona. Siadła obok mnie i oddychała ciężko.
- Zaraz przyjdą. A ja będę musiała trochę odpocząć - powiedziała.
Faktycznie, rodzice, Seth i cała reszta pojawili się po jakichś pięciu minutach.
- Leah! - Seth podbiegł do siostry widząc w jakim jest stanie. - Wszystko w porządku?
- Będzie, jak trochę odpocznę i jak ktoś nastawi mi rękę. Tylko szybko, bo zaczyna się zrastać.
Seth odsunął się robiąc miejsce dla Carlisle'a. Kilka chwil później było po wszystkim.
- Jesteś w stanie chodzić? - zapytał tata.
- Ledwo - przyznała Leah. Seth chciał pójść się zmienić, ale Carlisle go zatrzymał.
- Jeśli ma jakieś urazy wewnętrzne, to taki środek transportu jest wykluczony.
Mama tymczasem podeszła do mnie.
- Wszystko w porządku? - zapytała.
- Już tak. Miałam złamaną nogę, ale chyba już się zrasta. Naprawdę nic poważnego.
Mama uśmiechnęła się i mnie przytuliła.
Kilka minut później byliśmy już w drodze do domu. Nie byłam w stanie jeszcze chodzić, więc zaniósł mnie Seth. Chociaż właściwie to na nim jechałam. Leę niósł Carlisle. Widać, że nie była jakoś szczególnie zadowolona. Pewnie gdyby Carlisle był lepiej obeznany w sytuacji wziąłby nosze. W końcu jako lekarz pewnie jakieś ma. A nawet jak nie to można by je z czegoś zrobić. A tymczasem musiał iść dość wolno, żeby Leą nie rzucało. Może dlatego była niezadowolona. Chyba nie lubiła, jak się z nią cackano. Tyle, że w takiej sytuacji to chyba nie można nazwać tego cackaniem. Edward, Esme, Rose i Jasper pobiegli przygotować jakiś pokój dla Lei. Całą czwórką pokój dla jednej osoby.
- Dziwne, że tego nie widziałam - powiedziała nagle Alice. Zastanowiłam się. W sumie racja.
- Może tamten wampir tego nie planował? - rzuciła mama patrząc z troską to na mnie, to na Leę. Al kiwnęła głową i więcej się nie odezwała.
W końcu dotarliśmy do domu. Carlisle zaniósł Leę, a mama zaniosła mnie do salonu. Siedziałam w fotelu, kiedy Carlisle badał Leę. Jej pokój był na parterze, tuż obok gabinetu. Z mojego miejsca widziałam fragment tego pokoju. Stwierdziłam, że nic dziwnego, że musiało go przygotować aż tyle wampirów. Więcej przyrządów niż w niejednym szpitalu. Oni chcą własny szpital otworzyć, czy co?
- Po prostu wiemy, że jak Volturi postanowią nas zabić, to sfora nam pomoże. A jeśli wywiązałaby się walka, to będą potrzebować opieki medycznej - powiedział Edward. Wcześniej musiał być w kuchni.
- Co z Leą?
- Chyba nic poważnego, ale mówiła, że nie mogła się przez chwilę zmienić, a potem nie słyszała nikogo. Ale to już przeszło. Najpóźniej pojutrze będzie jak nowa.
Uspokoiłam się. Widziałam jak chodziła, martwiłam się, czy aby na pewno wyzdrowieje, ale skoro Carlisle już kończy ją badać, a ja dostałam informacje prawie od źródła... Edward zaśmiał się słuchając moich myśli.
- Prawie od źródła... tak jeszcze o mnie nie mówiono.
- Myślano. I mógłbyś nie podsłuchiwać.
Edward ciągle się uśmiechał, a ja po chwili zrobiłam to samo.
- Musisz odpocząć - powiedział i zaniósł mnie do mojego pokoju. Położył mnie do łóżka. Chciałam wstać.
- Muszę się umyć - stwierdziłam.
- Zaraz zawołam Ness.
Minutę później mama pomogła mi się przebrać. W sumie nie potrzebowałam pomocy. Noga już mnie nie bolała. Chyba mi się już zrosła, ale mama... no cóż martwiła się. Umyłam tylko twarz i ręce. Potem przyszła Rose i założyła mi usztywnienie na nogę i kazała spać. Stwierdziła też, że w tym tempie rano nie zostanie żadnego śladu po złamaniu.
Wiem, wiem, spóźniłam się z rozdziałem, ale tak wyszło. Mam nadzieję, że następny uda mi się napisać na za miesiąc. A tymczasem komentujcie. Naprawdę nie chce się człowiekowi pisać, jak ma się wrażenie, że nikt nie czyta.
- Zostaw ją! - powiedziała wampirzyca. Przyjrzałam się jej uważniej. Płeć określiłam na podstawie głosu, ale to tyle. No i ten głos wydawał mi się dziwnie znajomy.
- Niby dlaczego? - zapytał ten w zielonej pelerynie.
- Bo cię o to proszę - powiedziała wampirzyca zsuwając kaptur. Zobaczyłam jasne włosy. Jane. Wampir chyba też zorientował się z kim ma do czynienia, bo ukłonił się i zwiał. Tak po prostu. Jane odwróciła się.
- Oni są coraz głupsi - powiedziała bardziej do siebie niż do mnie. - Uratowałam ci życie, więc w ramach wdzięczności mogłabyś nikomu o mnie nie wspominać.
- Edward czyta w myślach - powiedziałam. Wampirzyca spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Nagle dotarło do mnie, że znam ją tylko ze snów. Pewnie spodziewała się, że będę się jej strasznie bała i nie wiem co jeszcze.
- Wiesz kim jestem? - zapytała, a ja kiwnęłam głową.
- Jane Volturi, masz brata Aleca. Wielu nazywa was piekielnymi bliźniętami - powiedziałam, po czym zawahałam się. Postanowiłam jednak zaryzykować. - Eric wymógł na tobie obietnicę, że będziesz mnie chronić.
Zaskoczyłam ją. Widziałam to.
- Skąd to wiesz?
- Mam sny. Widziałam waszą rozmowę.
Jane spojrzała na mnie z przerażeniem.
- Nikt nie może się dowiedzieć. Nawet twoja rodzina.
- Ale... Leah już wie.
- Od dawna?
- Od kilku dni. Ale tylko ona - zapewniłam Jane, ale wampirzyca pokręciła głową.
- Wie cała sfora. W końcu to zmiennokształtna.
- Nie wiedzą. - Leah opierała się o drzewo. Zastanowiłam się, jakim cudem Jane jej nie wyczuła.
- Naszyjnik... widzę, że opanowałaś go - wampirzyca spojrzała chłodno na Leę.
- Owszem. W jakichś pięćdziesięciu procentach.
- Planowałaś zaatakować? - zapytała kpiąco Jane. Leah nie była w najlepszym stanie. Jedna ręka zwiała jej bezwładnie, przez brzuch biegła rana. Nie zagrażająca życiu, ale na pewno utrudniająca poruszanie się.
- Raczej doczołgać się do Cullenów i powiadomić o całej sytuacji.
- Dlaczego się nie zmieniłaś? - zapytałam. W końcu nawet jeśli ani Seth, ani tata nie są w formie wilków, to ktoś z jej sfory jest. I mógłby wykonać telefon znacznie szybciej niż Leah doszłaby do domu.
- Bo... - Leah spojrzała nieufnie na Jane, ale odpowiedziała. - Nie mogę. Nie wiem co on mi zrobił, ale nie mogę.
Jane zareagowała natychmiast. Podbiegła do Lei i kazała jej usiąść. Nie byłam pewna co robiła, ale na badanie to nie wyglądał. Po dobrych kilku minutach Jane wstała.
- Nie zranił cię niczym co mogło do tego doprowadzić. To musi być jego dar. Musisz zneutralizować to za pomocą naszyjnika.
- Myślisz, że nie próbowałam?
- Na spokojnie. Odpocznij, uspokój się. Natalie nic nie grozi. Musisz się uspokoić.
- Od kiedy pijawki pomagają zmiennokształtnym?
- Uznajmy, że od dzisiaj.
Leah westchnęła ale położyła się. Jane podeszła do mnie i podała mi bransoletkę.
- Skup się na tym co się wydarzyło i wymyśl inną wersję. Cokolwiek. Tylko ustal to z Leą. Ja odejdę, jak tylko będzie mogła się zmienić.
Przez kilka następnych minut siedziałyśmy w ciszy. Nagle zdałam sobie sprawę, z tego, że noga już prawie mnie nie bolała. Delikatnie dotknęłam nogi. Jane zauważyła mój ruch i podeszła do mnie. Zbadała kość.
- Prawie się zrosła - powiedziała zaskoczona. - Ale... to za mało czasu. Nawet uwzględniając twoje... korzenie.
Nie zapytałam o co jej chodziło. Wiedziałam.
- Takiego przypadku jak ja jeszcze nie było. Raczej nie zgadniemy jak będzie funkcjonował mój organizm - powiedziałam, a Jane się uśmiechnęła. Leah podniosła się.
- Udało się - powiedziała tylko, a wampirzyca narzuciła kaptur i odbiegła. Tak po prostu, bez słowa.
- Udało mi się odgonić tego wampira. Pojawiłam się w wilczej postaci i z nim walczyłam. Tylko tyle musisz wiedzieć - powiedziała, a ja kiwnęłam głową. Skupiłam się na tym wszystkim.
- No i widzisz, tak to się robi.
- A... dlaczego nikogo nie wezwałaś? - zapytałam nagle zauważając lukę w wersji Lei.
- Podczas pierwszej walki wampir pozbawił mnie przytomności. Kiedy się obudziłam nie słyszałam nikogo. Byłam sama. Ale teraz spróbuję jeszcze raz.
Leah odeszła kawałek, aby się zmienić. Wciąż miała trudności z chodzeniem, a jej ręka nie wyglądała nawet odrobinę lepiej.
Dziewczyna wróciła po kilkunastu minutach. Była zmęczona. Siadła obok mnie i oddychała ciężko.
- Zaraz przyjdą. A ja będę musiała trochę odpocząć - powiedziała.
Faktycznie, rodzice, Seth i cała reszta pojawili się po jakichś pięciu minutach.
- Leah! - Seth podbiegł do siostry widząc w jakim jest stanie. - Wszystko w porządku?
- Będzie, jak trochę odpocznę i jak ktoś nastawi mi rękę. Tylko szybko, bo zaczyna się zrastać.
Seth odsunął się robiąc miejsce dla Carlisle'a. Kilka chwil później było po wszystkim.
- Jesteś w stanie chodzić? - zapytał tata.
- Ledwo - przyznała Leah. Seth chciał pójść się zmienić, ale Carlisle go zatrzymał.
- Jeśli ma jakieś urazy wewnętrzne, to taki środek transportu jest wykluczony.
Mama tymczasem podeszła do mnie.
- Wszystko w porządku? - zapytała.
- Już tak. Miałam złamaną nogę, ale chyba już się zrasta. Naprawdę nic poważnego.
Mama uśmiechnęła się i mnie przytuliła.
Kilka minut później byliśmy już w drodze do domu. Nie byłam w stanie jeszcze chodzić, więc zaniósł mnie Seth. Chociaż właściwie to na nim jechałam. Leę niósł Carlisle. Widać, że nie była jakoś szczególnie zadowolona. Pewnie gdyby Carlisle był lepiej obeznany w sytuacji wziąłby nosze. W końcu jako lekarz pewnie jakieś ma. A nawet jak nie to można by je z czegoś zrobić. A tymczasem musiał iść dość wolno, żeby Leą nie rzucało. Może dlatego była niezadowolona. Chyba nie lubiła, jak się z nią cackano. Tyle, że w takiej sytuacji to chyba nie można nazwać tego cackaniem. Edward, Esme, Rose i Jasper pobiegli przygotować jakiś pokój dla Lei. Całą czwórką pokój dla jednej osoby.
- Dziwne, że tego nie widziałam - powiedziała nagle Alice. Zastanowiłam się. W sumie racja.
- Może tamten wampir tego nie planował? - rzuciła mama patrząc z troską to na mnie, to na Leę. Al kiwnęła głową i więcej się nie odezwała.
W końcu dotarliśmy do domu. Carlisle zaniósł Leę, a mama zaniosła mnie do salonu. Siedziałam w fotelu, kiedy Carlisle badał Leę. Jej pokój był na parterze, tuż obok gabinetu. Z mojego miejsca widziałam fragment tego pokoju. Stwierdziłam, że nic dziwnego, że musiało go przygotować aż tyle wampirów. Więcej przyrządów niż w niejednym szpitalu. Oni chcą własny szpital otworzyć, czy co?
- Po prostu wiemy, że jak Volturi postanowią nas zabić, to sfora nam pomoże. A jeśli wywiązałaby się walka, to będą potrzebować opieki medycznej - powiedział Edward. Wcześniej musiał być w kuchni.
- Co z Leą?
- Chyba nic poważnego, ale mówiła, że nie mogła się przez chwilę zmienić, a potem nie słyszała nikogo. Ale to już przeszło. Najpóźniej pojutrze będzie jak nowa.
Uspokoiłam się. Widziałam jak chodziła, martwiłam się, czy aby na pewno wyzdrowieje, ale skoro Carlisle już kończy ją badać, a ja dostałam informacje prawie od źródła... Edward zaśmiał się słuchając moich myśli.
- Prawie od źródła... tak jeszcze o mnie nie mówiono.
- Myślano. I mógłbyś nie podsłuchiwać.
Edward ciągle się uśmiechał, a ja po chwili zrobiłam to samo.
- Musisz odpocząć - powiedział i zaniósł mnie do mojego pokoju. Położył mnie do łóżka. Chciałam wstać.
- Muszę się umyć - stwierdziłam.
- Zaraz zawołam Ness.
Minutę później mama pomogła mi się przebrać. W sumie nie potrzebowałam pomocy. Noga już mnie nie bolała. Chyba mi się już zrosła, ale mama... no cóż martwiła się. Umyłam tylko twarz i ręce. Potem przyszła Rose i założyła mi usztywnienie na nogę i kazała spać. Stwierdziła też, że w tym tempie rano nie zostanie żadnego śladu po złamaniu.
Wiem, wiem, spóźniłam się z rozdziałem, ale tak wyszło. Mam nadzieję, że następny uda mi się napisać na za miesiąc. A tymczasem komentujcie. Naprawdę nie chce się człowiekowi pisać, jak ma się wrażenie, że nikt nie czyta.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Rozdział 13
Seth odwiedził mnie tydzień później. I kolejny tydzień później również. Leach zawsze była razem z nim, ale zwykle rozmawiała z moimi rodzicami. I właśnie podczas ostatniej wizyty, tydzień wcześniej, podsłuchałam jak Leach rozmawia z nimi o wpojeniu... Z tych urywków, które zrozumiałam wynikało, że Seth miał z tym wpojeniem coś wspólnego.
Postanowiłam porozmawiać z mamą.
- Mamo - zaczęłam, kiedy tylko zobaczyłam ją w kuchni. - Co to jest wpojenie?
- To... - mama spojrzała na mnie, jakby się nad czymś zastanawiając. - To jest miłość, przeznaczenie. Każdy zmiennokształtny wie kto jest jego drugą połówką, jak ją tylko zobaczy. Nie są w stanie się temu przeciwstawić. Czasem muszą czekać, aż ta osoba dorośnie. Na przykład twój tata wpoił sobie mnie niedługo po moim urodzeniu...
Mama nagle urwała jakby powiedziała za dużo. No dobra, nie spodziewałam się tego, ale słyszałam już dziwniejsze rzeczy.
- Wiesz, pół wampiry dorastają szybciej. Ja już osiem lat moim urodzeniu byłam dorosła zarówno fizycznie jak i psychicznie - powiedziała nagle mama. Wiedziałam o tym. Wspomnieli wcześniej. O tym, że jak sprawa wygląda ze mną też powiedzieli. Znaczy powiedzieli co wiedzieli; szybsza i silniejsza od ludzi, mam bardziej wyostrzone zmysły, skóra na słońcu odrobinę się błyszczy, mogę mieć ochotę na krew oraz kiedyś się pewnie przemienię w wilka. I tyle. Jakby nie patrzeć dużo tego nie było.
Westchnęłam i postanowiłam się przejść. Byłam już w lesie kiedy mnie oświeciło. Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z Sethem. Pomyślałam wtedy, że tak jak on zachowywał się, jakby sobie mnie wpoił. A to, co potem mówiła Eva. To jak poznała Ivana. Ona wiedziała. Wszyscy wiedzieli.
Szłam dalej. Zawsze czułam się najlepiej w lesie. A spacery pomagały mi myśleć. Jeśli Seth wpoił mnie sobie, to... podobno to jest permanentne...
Czułam coś do niego. Byłam w stanie nawet powiedzieć, że się w nim zakochałam, ale... ale nie miałam pewności.
Rozejrzałam się. Idąc, nie bardzo zwracałam uwagę gdzie jestem, ale nie martwiłam się tym. Usiadłam pod najbliższym drzewem.
A może tylko mi się wydawało. Może wcale nie chodzi o mnie. Nie chciałam robić sobie nadziei. Odepchnęłam ten temat jak najdalej od siebie. Musiałam pomyśleć o czymś innym. Mój ostatni sen. Jane potrzebowała daru Erica. Pewnie chciała ukryć coś przed Aro. Alec też. W końcu Eric wyraźnie dał to do zrozumienia. Ale niby jak Jane i Alec mogliby mnie chronić?
Moje przemyślenia przerwał Jasper. Najwyraźniej zaczęli się o mnie martwić, skoro go przysłali.
- Seth i Leah przyjechali - stwierdził tylko, a ja się uśmiechnęłam. Nie mogłam się doczekać spotkania z Sethem. Jasper zaoferował, ze mnie podrzuci, ale podziękowałam. Nie byliśmy aż tak daleko, a ja potrzebowałam chwili na ogarnięcie myśli. Nie oznaczało to jednak, że mam zamiar się wlec. Bieganie sprzyja usunięciu nadmiaru myśli.
Jakieś dziesięć minut później wybiegłam z lasu. Do domu podeszłam już normalnym krokiem. Kiedy weszłam do środka zobaczyłam, że Seth siedzi w salonie razem z Emmetem i Edwardem. Jak tylko mnie zauważyli uśmiechnęli się. Chwilę później z kuchni wyszły Esme i Leah, najwyraźniej przygotowały obiad.
Niecałe pół godziny później po obiedzie nie pozostał nawet ślad. Seth zaproponował mi spacer. Obiecał mi pokazać się jako wilk. Kiedy tylko weszliśmy do lasu odbiegł kawałek. Schował się za jakieś krzaki. Chwilę później wyszedł wilk. Piękny wilk. Nie zastanawiając się ani chwili podeszłam do niego. Jednak Seth już po chwili uciekł. Znowu mi się schował i znowu pojawił się jako człowiek.
- Nie moglibyśmy porozmawiać - wytłumaczył się, a ja kiwnęłam głową. Chciałam go zaprowadzić na jedną polankę. Byłam tam już kilka razy. Szliśmy powoli nie odzywając się ani słowem. Ciążyła mi ta cisza, ale nie wiedziałam co powiedzieć. On chyba też nie. Szliśmy tak więc przez kilka minut.
- Więc... jak sobie radzisz z tym wszystkim? - zapytał w końcu.
- Nie najgorzej - powiedziałam. - Na początku nie mogłam w to uwierzyć, a teraz... teraz po prostu wydaje mi się to dziwne.
Chłopak kiwnął głową.
- Też tak miałem. Tuż po przemianie. Nie mogłem w to uwierzyć. Miałem wrażenie, że zaraz się obudzę, a to okaże się snem. Ale można się do tego przyzwyczaić.
Nie wiedziałam co an to odpowiedzieć, więc znowu szliśmy w ciszy.
Dotarliśmy na polankę. Nie była duża, ani jakaś piękna, ale lubiłam ją. Pociągnęłam go na sam środek. Siadłam w trawie. Nagle przypomniało mi się coś.
- Czy oprócz twojej siostry są jeszcze jakieś dziewczyny w tej...
- Sforze? - dokończył, a kiedy kiwnęłam głową odpowiedział. - Nie. W sumie to zanim Laeh się przemieniła nie wiedzieliśmy nawet, że dziewczyna może się zmienić.
- Jak to?
- W legendach nie było o tym mowy. Zawsze pojawiali się tylko mężczyźni. Wydawało się nam to normalne. Każdy był zdziwiony obecnością Laeh.
- Musiała się źle tam czuć... - powiedziałam bardziej do siebie, ale Seth pokręcił głową.
- Na początku. Potem się wkurzała, zwłaszcza kiedy dawaliśmy jej taryfę ulgową. Pokazywała, że jest równie dobra, a nawet lepsza od nas. Chyba tylko ona umiała tak zorganizować wszystko, żeby być na dyżurach, w szkole i jeszcze się uczyć. Większość z nas to ostatnie poświęcała na rzecz snu. Ona zawsze się wyrabiała.
- Kiedy po raz pierwszy się przemieniłeś?
- Jak miałem piętnaście lat. To było dwadzieścia pięć lat temu.
Zdziwiłam się. Zdecydowanie nie wyglądał (ani tym bardziej nie zachowywał się) na czterdzieści lat.
- A ludzie z La Push? Nie dziwią się, że się nie starzejecie?
- Tam nie żyje dużo osób. A większość wie, bo mają zmiennokształtnego w rodzinie. Pozostali... chyba też wiedzą.
- Ale nie możecie żyć tylko w La Push! - stwierdziłam, a on uśmiechnął się.
- Najczęściej wybieramy się do Seatle. To większe miasto i tam nikt nie zwraca na to uwagi, a raczej nikt nas nie pamięta.
Pokiwałam głową. To miało sens.
- A poza tym możemy się starzeć. - spojrzałam na niego z zaciekawieniem. - Jeśli przestaniemy się przemieniać. Powiedzmy taki Sam. - Mgliście przypomniałam sobie ognisko i odpowiedniego mężczyznę. Facet był grubo po trzydziestce. - Wpoił sobie dziewczynę, kilka lat się zmieniał, a potem przestał. Nie chciał żyć bez Emily. Mają trzynastoletnią córkę. Może ona też się zmieni.
Kiwnęłam głową. To wszytko miało sens. Nagle zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Dzwoniła mama.
- Tak?
- Możecie już wracać? - zapytała. - Tata musi coś obgadać z Sethem.
- Jasne, już wracamy - powiedziałam i rozłączyłam się. Chłopak spojrzał na mnie ze smutkiem.
- Szkoda - powiedział. - Fajnie się z tobą rozmawia.
Uśmiechnęłam się i wpadłam na wspaniały pomysł.
- Ścigamy się do domu - rzuciłam.
- Dobra, to na trzy - również się uśmiechnął. - Raz... dwa... i trzy!
Pobiegłam. Przez chwilę biegliśmy obok siebie, ale zaraz przyspieszyłam. Normalnie z polanki biegłam w jakieś pięć minut. Teraz musiałam być szybsza. Wyprzedziłam Setha, ale słyszałam, że mnie dogania. Kilka sekund później biegłam za nim. Przyspieszyłam jeszcze odrobinę. Wyprzedzaliśmy się co chwilę, nie zauważyliśmy nawet kiedy wybiegliśmy z lasu. Do drzwi było już blisko. Pobiegłam najszybciej jak byłam w stanie. Kilka sekund później wbiegliśmy do domu. Jednocześnie. Spojrzałam na niego, a on an mnie. Zaczęłam się śmiać. Seth dołączył dosłownie po sekundzie.
Z kuchni wyszedł tata, kiedy nas zobaczył uśmiechnął się. Gdy w końcu się uspokoiliśmy kiwnął głową na Setha, który poszedł za nim na górę.
Wyszłam z domu. Nigdy nie lubiłam ograniczonych przestrzeni. Zawsze spędzałam maksymalnie dużo czasu na dworze. Kiedy zaczęłam się zbliżać do lasu podeszła do mnie Leah.
- Chcesz się przejść? - zapytała, a kiedy kiwnęłam głową uśmiechnęła się jakby ja oświeciło. - Ja się przejdę, ty pojedziesz.
Nie wiedziałam o co jej chodzi. Poszła kawałek wgłąb lasu aż przestałam ją widzieć. Po chwili podbiegł do mnie wilk z czymś w... paszczy? Rzuciła mi to pod nogi, wyraźnie chcąc, żebym podniosła. Zrobiłam to bez wahania. Prawie od razu rozpoznałam szorty i top Lei. Podeszłam do niej i wsiadłam na grzbiet wilczycy. Prawie od razu ruszyła z miejsca. Biorąc pod uwagę jak szybko biegła, musiałyśmy być daleko. Zatrzymała się przy małym stawie. Zeszłam z niej i siadłam na kamieniu tuż przy linii wody. Wilczyca wzięła swoje ubrania i po chwili zniknęła mi z oczu. Po chwili Leah podeszła do mnie już w ludzkiej postaci.
- Leah, jak to się stało, że się zmieniłaś w wilka? – zapytałam.
- Byłam bardzo zdenerwowana, wściekła i… smutna. Dostałam wysokiej gorączki. Ona nie przechodziła, za to Seth powiedział coś co mnie bardzo zdenerwowało. Wybiegłam z domu, a kilka minut później biegłam przez las w ciele wilczycy.
- Czy ze mną też tak będzie?
- Nie wiem - przyznała - Jesteś w połowie zmiennokształtną, jak praktycznie każdy przed przemianą. Tylko, że każdy z nas był w połowie człowiekiem. Z tobą jest inaczej i, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jak to będzie.
Nie wiedziałam co o tym myśleć.
- Wiesz czasem mam wrażenie, że to wszystko to sen. Że po prostu się obudzę i okaże się, że tylko to sobie wyobraziłam.
- Tak byłoby łatwiej, co? - zapytała Leah. - Nie byłoby wpojenia, nie byłoby przemian, wampirów. Ty nie byłabyś celem Volturi, ja nie potrzebowałabym tego naszyjnika. Ale tak nie jest. I może wcale nie jest tak źle.
- Nie jest źle - przyznałam. - Po prostu... nie wiem co o tym myśleć. Mam te sny. W pierwszym widziałam jak Volturi nas atakują, potem Jane i Alec tłumaczyli mi wszytko. Widziałam jak Eric potwierdza wysłanie fałszywych wizji, ale widziałam też, jak namawia Jane, by pomogła mu mnie chronić.
- Uznajmy na chwilę, że ten pierwszy to tylko sen - powiedziała powili, jakby się nad tym zastanawiając. - Może nie wszystkie sny powinnaś traktować dosłownie. A przynajmniej nie te, w których uczestniczysz. Eric - starała się wymówić to imię neutralnie, ale coś jej nie wyszło. - nie może narażać się Volturi, więc wysyła te wizje, ale namawiając do współpracy Aleca i Jane wizje przestają być ważne. Tak więc piekielne bliźniaki są po naszej stronie - czyli mamy wytłumaczone to ich tłumaczenie - zakończyła.
- Wytłumaczone tłumaczenie - masło maślane - powiedziałam z uśmiechem. - To było tak oczywiste, że aż nie mogłam na to wpaść. Ale... nadal coś mi nie pasuje - westchnęłam.
- Mi niestety też. Tylko nie wiem co.
Przez kilka chwil siedziałyśmy w ciszy. Nagle Leah wstała.
-Jakiś człowiek się tu kręci. Pójdę zobaczyć czy się nie zgubił - powiedziała i poszła... rozejrzałam się i zobaczyłam mech. Poszła na północ. To człowiek, więc albo się zgubił, albo... nie wiem co. Rose mówiła, że wgłąb tego lasu nikt się nie zapuszcza.
Kiedy Leah nie wróciła po dobrych dziesięciu minutach nawet nie zaczęłam się martwić. W końcu, skoro to był człowiek, nie mogła zmienić się w wilka. A musiała go poinstruować, jak z lasu wyjść.
Nagle usłyszałam krzyk Lei. Pobiegłam w stronę z której dochodził. Już po minucie zobaczyłam dziewczynę leżącą pod drzewem. Podeszłam do niej. Chyba była nie przytomna. Jej noga leżała pod dziwnym kątem. Dotknęłam jej delikatnie. Nagle otworzyła oczy.
-Uciekaj! - powiedziała. Usiłowała utrzymać oczy otwarte, ale nie udało się jej. o chwili znów straciła przytomność. Usłyszałam jakiś szelest zza krzaków. Spojrzałam w tamtą stronę i przed oczami mignęła mi sylwetka mężczyzny. Przebiegł zza krzaków i schował się za drzewem. Człowiek na pewno by go nie zauważył. Przestraszyłam się. Wiedziałam, ze jeśli chcę pomóc Lei muszę biec po pomoc i przy okazji przeżyć. Pamiętałam drogę, którą się tu dostałyśmy. Wiedziałam, że nie muszę dobiec do samego domu, ale i tak nie dawałam sobie zbyt dużych szans. Zebrałam wszystkie siły i pobiegłam najszybciej jak potrafiłam. A kiedy usłyszałam, ze ktoś za mną biegnie przyspieszyłam. Powoli opadałam z sił, ale nie pozwoliłam sobie zwolnić. Wampir był coraz bliżej, nie miałam szansy dobiec do domu. Leach biegła dobry kwadrans, ale wielka wilczyca biega znacznie szybciej niż ja. Kątem oka zobaczyłam dziwne drzewo i uświadomiłam sobie, że je widziałam, jestem już w połowie drogi. Nie miałam pojęcia ile czasu tak biegłam, ale skoro minęłam już połowę drogi... Ten wampir musiał się ze mną bawić. Przecież już dawno powinien mnie dorwać. Jeszcze tylko połowa. Ale nadal za dużo. Edward nie usłyszy mnie z takiej odległości. Może powinnam krzyczeć? W końcu ten ich słuch. Nie mogłam jednak otworzyć ust. Wiedziałam, że jeśli przeznaczę chociaż odrobinę energii na coś innego niż bieg to zwolnię. A wtedy nie mam szans. Uważniej się rozejrzałam. Wiedziałam, ze jeszcze tylko trochę i mnie usłyszy, ale wampir biegnący za mną nadal się przybliżał. Jakimś cudem udało mi się jeszcze przyspieszyć. Po chwili przestałam słyszeć wampira. Dotąd słyszałam go bardzo wyraźnie. To chyba była zasługa adrenaliny. Musiałam się upewnić, czy on tam dalej jest. Odwróciłam głowę, żeby zobaczyć, czy wampir nadal za mną biegnie. Był wciąż za mną, ale najwyraźniej zauważył, ze go słyszałam, więc zaczął uważać,gdzie stawia nogi. Uświadomiłam sobie, że on biegł w wampirzym tempie, a mimo to nie był w stanie mnie dogonić. Zmusiłam się do oderwania wzroku od wampira i patrzenia przed siebie. Wiedziałam, że jeszcze tylko kilka sekund... nagle zahaczyłam o coś nogą. Praktycznie w tej samej chwili poczułam pod sobą grunt. Spróbowałam wstać, ale lewa noga strasznie mnie bolała. Dotknęłam jej i od razu wiedziałam dlaczego. Złamana - pomyślałam z przerażeniem –a to oznacza że nie mogę dalej biec.
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Liczę na komentarze (również te z krytyką).
Postanowiłam porozmawiać z mamą.
- Mamo - zaczęłam, kiedy tylko zobaczyłam ją w kuchni. - Co to jest wpojenie?
- To... - mama spojrzała na mnie, jakby się nad czymś zastanawiając. - To jest miłość, przeznaczenie. Każdy zmiennokształtny wie kto jest jego drugą połówką, jak ją tylko zobaczy. Nie są w stanie się temu przeciwstawić. Czasem muszą czekać, aż ta osoba dorośnie. Na przykład twój tata wpoił sobie mnie niedługo po moim urodzeniu...
Mama nagle urwała jakby powiedziała za dużo. No dobra, nie spodziewałam się tego, ale słyszałam już dziwniejsze rzeczy.
- Wiesz, pół wampiry dorastają szybciej. Ja już osiem lat moim urodzeniu byłam dorosła zarówno fizycznie jak i psychicznie - powiedziała nagle mama. Wiedziałam o tym. Wspomnieli wcześniej. O tym, że jak sprawa wygląda ze mną też powiedzieli. Znaczy powiedzieli co wiedzieli; szybsza i silniejsza od ludzi, mam bardziej wyostrzone zmysły, skóra na słońcu odrobinę się błyszczy, mogę mieć ochotę na krew oraz kiedyś się pewnie przemienię w wilka. I tyle. Jakby nie patrzeć dużo tego nie było.
Westchnęłam i postanowiłam się przejść. Byłam już w lesie kiedy mnie oświeciło. Przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z Sethem. Pomyślałam wtedy, że tak jak on zachowywał się, jakby sobie mnie wpoił. A to, co potem mówiła Eva. To jak poznała Ivana. Ona wiedziała. Wszyscy wiedzieli.
Szłam dalej. Zawsze czułam się najlepiej w lesie. A spacery pomagały mi myśleć. Jeśli Seth wpoił mnie sobie, to... podobno to jest permanentne...
Czułam coś do niego. Byłam w stanie nawet powiedzieć, że się w nim zakochałam, ale... ale nie miałam pewności.
Rozejrzałam się. Idąc, nie bardzo zwracałam uwagę gdzie jestem, ale nie martwiłam się tym. Usiadłam pod najbliższym drzewem.
A może tylko mi się wydawało. Może wcale nie chodzi o mnie. Nie chciałam robić sobie nadziei. Odepchnęłam ten temat jak najdalej od siebie. Musiałam pomyśleć o czymś innym. Mój ostatni sen. Jane potrzebowała daru Erica. Pewnie chciała ukryć coś przed Aro. Alec też. W końcu Eric wyraźnie dał to do zrozumienia. Ale niby jak Jane i Alec mogliby mnie chronić?
Moje przemyślenia przerwał Jasper. Najwyraźniej zaczęli się o mnie martwić, skoro go przysłali.
- Seth i Leah przyjechali - stwierdził tylko, a ja się uśmiechnęłam. Nie mogłam się doczekać spotkania z Sethem. Jasper zaoferował, ze mnie podrzuci, ale podziękowałam. Nie byliśmy aż tak daleko, a ja potrzebowałam chwili na ogarnięcie myśli. Nie oznaczało to jednak, że mam zamiar się wlec. Bieganie sprzyja usunięciu nadmiaru myśli.
Jakieś dziesięć minut później wybiegłam z lasu. Do domu podeszłam już normalnym krokiem. Kiedy weszłam do środka zobaczyłam, że Seth siedzi w salonie razem z Emmetem i Edwardem. Jak tylko mnie zauważyli uśmiechnęli się. Chwilę później z kuchni wyszły Esme i Leah, najwyraźniej przygotowały obiad.
Niecałe pół godziny później po obiedzie nie pozostał nawet ślad. Seth zaproponował mi spacer. Obiecał mi pokazać się jako wilk. Kiedy tylko weszliśmy do lasu odbiegł kawałek. Schował się za jakieś krzaki. Chwilę później wyszedł wilk. Piękny wilk. Nie zastanawiając się ani chwili podeszłam do niego. Jednak Seth już po chwili uciekł. Znowu mi się schował i znowu pojawił się jako człowiek.
- Nie moglibyśmy porozmawiać - wytłumaczył się, a ja kiwnęłam głową. Chciałam go zaprowadzić na jedną polankę. Byłam tam już kilka razy. Szliśmy powoli nie odzywając się ani słowem. Ciążyła mi ta cisza, ale nie wiedziałam co powiedzieć. On chyba też nie. Szliśmy tak więc przez kilka minut.
- Więc... jak sobie radzisz z tym wszystkim? - zapytał w końcu.
- Nie najgorzej - powiedziałam. - Na początku nie mogłam w to uwierzyć, a teraz... teraz po prostu wydaje mi się to dziwne.
Chłopak kiwnął głową.
- Też tak miałem. Tuż po przemianie. Nie mogłem w to uwierzyć. Miałem wrażenie, że zaraz się obudzę, a to okaże się snem. Ale można się do tego przyzwyczaić.
Nie wiedziałam co an to odpowiedzieć, więc znowu szliśmy w ciszy.
Dotarliśmy na polankę. Nie była duża, ani jakaś piękna, ale lubiłam ją. Pociągnęłam go na sam środek. Siadłam w trawie. Nagle przypomniało mi się coś.
- Czy oprócz twojej siostry są jeszcze jakieś dziewczyny w tej...
- Sforze? - dokończył, a kiedy kiwnęłam głową odpowiedział. - Nie. W sumie to zanim Laeh się przemieniła nie wiedzieliśmy nawet, że dziewczyna może się zmienić.
- Jak to?
- W legendach nie było o tym mowy. Zawsze pojawiali się tylko mężczyźni. Wydawało się nam to normalne. Każdy był zdziwiony obecnością Laeh.
- Musiała się źle tam czuć... - powiedziałam bardziej do siebie, ale Seth pokręcił głową.
- Na początku. Potem się wkurzała, zwłaszcza kiedy dawaliśmy jej taryfę ulgową. Pokazywała, że jest równie dobra, a nawet lepsza od nas. Chyba tylko ona umiała tak zorganizować wszystko, żeby być na dyżurach, w szkole i jeszcze się uczyć. Większość z nas to ostatnie poświęcała na rzecz snu. Ona zawsze się wyrabiała.
- Kiedy po raz pierwszy się przemieniłeś?
- Jak miałem piętnaście lat. To było dwadzieścia pięć lat temu.
Zdziwiłam się. Zdecydowanie nie wyglądał (ani tym bardziej nie zachowywał się) na czterdzieści lat.
- A ludzie z La Push? Nie dziwią się, że się nie starzejecie?
- Tam nie żyje dużo osób. A większość wie, bo mają zmiennokształtnego w rodzinie. Pozostali... chyba też wiedzą.
- Ale nie możecie żyć tylko w La Push! - stwierdziłam, a on uśmiechnął się.
- Najczęściej wybieramy się do Seatle. To większe miasto i tam nikt nie zwraca na to uwagi, a raczej nikt nas nie pamięta.
Pokiwałam głową. To miało sens.
- A poza tym możemy się starzeć. - spojrzałam na niego z zaciekawieniem. - Jeśli przestaniemy się przemieniać. Powiedzmy taki Sam. - Mgliście przypomniałam sobie ognisko i odpowiedniego mężczyznę. Facet był grubo po trzydziestce. - Wpoił sobie dziewczynę, kilka lat się zmieniał, a potem przestał. Nie chciał żyć bez Emily. Mają trzynastoletnią córkę. Może ona też się zmieni.
Kiwnęłam głową. To wszytko miało sens. Nagle zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Dzwoniła mama.
- Tak?
- Możecie już wracać? - zapytała. - Tata musi coś obgadać z Sethem.
- Jasne, już wracamy - powiedziałam i rozłączyłam się. Chłopak spojrzał na mnie ze smutkiem.
- Szkoda - powiedział. - Fajnie się z tobą rozmawia.
Uśmiechnęłam się i wpadłam na wspaniały pomysł.
- Ścigamy się do domu - rzuciłam.
- Dobra, to na trzy - również się uśmiechnął. - Raz... dwa... i trzy!
Pobiegłam. Przez chwilę biegliśmy obok siebie, ale zaraz przyspieszyłam. Normalnie z polanki biegłam w jakieś pięć minut. Teraz musiałam być szybsza. Wyprzedziłam Setha, ale słyszałam, że mnie dogania. Kilka sekund później biegłam za nim. Przyspieszyłam jeszcze odrobinę. Wyprzedzaliśmy się co chwilę, nie zauważyliśmy nawet kiedy wybiegliśmy z lasu. Do drzwi było już blisko. Pobiegłam najszybciej jak byłam w stanie. Kilka sekund później wbiegliśmy do domu. Jednocześnie. Spojrzałam na niego, a on an mnie. Zaczęłam się śmiać. Seth dołączył dosłownie po sekundzie.
Z kuchni wyszedł tata, kiedy nas zobaczył uśmiechnął się. Gdy w końcu się uspokoiliśmy kiwnął głową na Setha, który poszedł za nim na górę.
Wyszłam z domu. Nigdy nie lubiłam ograniczonych przestrzeni. Zawsze spędzałam maksymalnie dużo czasu na dworze. Kiedy zaczęłam się zbliżać do lasu podeszła do mnie Leah.
- Chcesz się przejść? - zapytała, a kiedy kiwnęłam głową uśmiechnęła się jakby ja oświeciło. - Ja się przejdę, ty pojedziesz.
Nie wiedziałam o co jej chodzi. Poszła kawałek wgłąb lasu aż przestałam ją widzieć. Po chwili podbiegł do mnie wilk z czymś w... paszczy? Rzuciła mi to pod nogi, wyraźnie chcąc, żebym podniosła. Zrobiłam to bez wahania. Prawie od razu rozpoznałam szorty i top Lei. Podeszłam do niej i wsiadłam na grzbiet wilczycy. Prawie od razu ruszyła z miejsca. Biorąc pod uwagę jak szybko biegła, musiałyśmy być daleko. Zatrzymała się przy małym stawie. Zeszłam z niej i siadłam na kamieniu tuż przy linii wody. Wilczyca wzięła swoje ubrania i po chwili zniknęła mi z oczu. Po chwili Leah podeszła do mnie już w ludzkiej postaci.
- Leah, jak to się stało, że się zmieniłaś w wilka? – zapytałam.
- Byłam bardzo zdenerwowana, wściekła i… smutna. Dostałam wysokiej gorączki. Ona nie przechodziła, za to Seth powiedział coś co mnie bardzo zdenerwowało. Wybiegłam z domu, a kilka minut później biegłam przez las w ciele wilczycy.
- Czy ze mną też tak będzie?
- Nie wiem - przyznała - Jesteś w połowie zmiennokształtną, jak praktycznie każdy przed przemianą. Tylko, że każdy z nas był w połowie człowiekiem. Z tobą jest inaczej i, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jak to będzie.
Nie wiedziałam co o tym myśleć.
- Wiesz czasem mam wrażenie, że to wszystko to sen. Że po prostu się obudzę i okaże się, że tylko to sobie wyobraziłam.
- Tak byłoby łatwiej, co? - zapytała Leah. - Nie byłoby wpojenia, nie byłoby przemian, wampirów. Ty nie byłabyś celem Volturi, ja nie potrzebowałabym tego naszyjnika. Ale tak nie jest. I może wcale nie jest tak źle.
- Nie jest źle - przyznałam. - Po prostu... nie wiem co o tym myśleć. Mam te sny. W pierwszym widziałam jak Volturi nas atakują, potem Jane i Alec tłumaczyli mi wszytko. Widziałam jak Eric potwierdza wysłanie fałszywych wizji, ale widziałam też, jak namawia Jane, by pomogła mu mnie chronić.
- Uznajmy na chwilę, że ten pierwszy to tylko sen - powiedziała powili, jakby się nad tym zastanawiając. - Może nie wszystkie sny powinnaś traktować dosłownie. A przynajmniej nie te, w których uczestniczysz. Eric - starała się wymówić to imię neutralnie, ale coś jej nie wyszło. - nie może narażać się Volturi, więc wysyła te wizje, ale namawiając do współpracy Aleca i Jane wizje przestają być ważne. Tak więc piekielne bliźniaki są po naszej stronie - czyli mamy wytłumaczone to ich tłumaczenie - zakończyła.
- Wytłumaczone tłumaczenie - masło maślane - powiedziałam z uśmiechem. - To było tak oczywiste, że aż nie mogłam na to wpaść. Ale... nadal coś mi nie pasuje - westchnęłam.
- Mi niestety też. Tylko nie wiem co.
Przez kilka chwil siedziałyśmy w ciszy. Nagle Leah wstała.
-Jakiś człowiek się tu kręci. Pójdę zobaczyć czy się nie zgubił - powiedziała i poszła... rozejrzałam się i zobaczyłam mech. Poszła na północ. To człowiek, więc albo się zgubił, albo... nie wiem co. Rose mówiła, że wgłąb tego lasu nikt się nie zapuszcza.
Kiedy Leah nie wróciła po dobrych dziesięciu minutach nawet nie zaczęłam się martwić. W końcu, skoro to był człowiek, nie mogła zmienić się w wilka. A musiała go poinstruować, jak z lasu wyjść.
Nagle usłyszałam krzyk Lei. Pobiegłam w stronę z której dochodził. Już po minucie zobaczyłam dziewczynę leżącą pod drzewem. Podeszłam do niej. Chyba była nie przytomna. Jej noga leżała pod dziwnym kątem. Dotknęłam jej delikatnie. Nagle otworzyła oczy.
-Uciekaj! - powiedziała. Usiłowała utrzymać oczy otwarte, ale nie udało się jej. o chwili znów straciła przytomność. Usłyszałam jakiś szelest zza krzaków. Spojrzałam w tamtą stronę i przed oczami mignęła mi sylwetka mężczyzny. Przebiegł zza krzaków i schował się za drzewem. Człowiek na pewno by go nie zauważył. Przestraszyłam się. Wiedziałam, ze jeśli chcę pomóc Lei muszę biec po pomoc i przy okazji przeżyć. Pamiętałam drogę, którą się tu dostałyśmy. Wiedziałam, że nie muszę dobiec do samego domu, ale i tak nie dawałam sobie zbyt dużych szans. Zebrałam wszystkie siły i pobiegłam najszybciej jak potrafiłam. A kiedy usłyszałam, ze ktoś za mną biegnie przyspieszyłam. Powoli opadałam z sił, ale nie pozwoliłam sobie zwolnić. Wampir był coraz bliżej, nie miałam szansy dobiec do domu. Leach biegła dobry kwadrans, ale wielka wilczyca biega znacznie szybciej niż ja. Kątem oka zobaczyłam dziwne drzewo i uświadomiłam sobie, że je widziałam, jestem już w połowie drogi. Nie miałam pojęcia ile czasu tak biegłam, ale skoro minęłam już połowę drogi... Ten wampir musiał się ze mną bawić. Przecież już dawno powinien mnie dorwać. Jeszcze tylko połowa. Ale nadal za dużo. Edward nie usłyszy mnie z takiej odległości. Może powinnam krzyczeć? W końcu ten ich słuch. Nie mogłam jednak otworzyć ust. Wiedziałam, że jeśli przeznaczę chociaż odrobinę energii na coś innego niż bieg to zwolnię. A wtedy nie mam szans. Uważniej się rozejrzałam. Wiedziałam, ze jeszcze tylko trochę i mnie usłyszy, ale wampir biegnący za mną nadal się przybliżał. Jakimś cudem udało mi się jeszcze przyspieszyć. Po chwili przestałam słyszeć wampira. Dotąd słyszałam go bardzo wyraźnie. To chyba była zasługa adrenaliny. Musiałam się upewnić, czy on tam dalej jest. Odwróciłam głowę, żeby zobaczyć, czy wampir nadal za mną biegnie. Był wciąż za mną, ale najwyraźniej zauważył, ze go słyszałam, więc zaczął uważać,gdzie stawia nogi. Uświadomiłam sobie, że on biegł w wampirzym tempie, a mimo to nie był w stanie mnie dogonić. Zmusiłam się do oderwania wzroku od wampira i patrzenia przed siebie. Wiedziałam, że jeszcze tylko kilka sekund... nagle zahaczyłam o coś nogą. Praktycznie w tej samej chwili poczułam pod sobą grunt. Spróbowałam wstać, ale lewa noga strasznie mnie bolała. Dotknęłam jej i od razu wiedziałam dlaczego. Złamana - pomyślałam z przerażeniem –a to oznacza że nie mogę dalej biec.
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Liczę na komentarze (również te z krytyką).
wtorek, 8 lipca 2014
Rozdział 12
Kiedy wszystko zostało powiedziane poszłam do swojego pokoju. Zaczynało padać, ale Edward i tak stwierdził, że musi zapolować. Nie musiał. Widziałam jego oczy. Po prostu chciał, żebym mogła spokojnie pomyśleć.
Myśli kłębiły się w mojej głowie, najwyraźniej chcąc ją rozerwać. Podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Krople deszczu spływały po szybie. To akurat było realne... i znajome.
Opowiedzieli mi wszystko. Kiedy Leah wyjawiła mi podstawy, reszta poszła za jej przykładem. A więc można by powiedzieć, że już wszystko wiem. No tak. Tylko problem jest taki, że nie potrafię w to uwierzyć.
Zamknęłam oczy chcąc poukładać sobie to wszystko. Po pierwsze: moja mama jest pół-wampirem, a tata zmiennokształtnym. Po drugie: najpotężniejsza rodzina wampirów chce mnie zabić. Chcą mnie zabić, bo jestem inna. Bo jestem czymś innym. Mam wrażenie, że oni po prostu się boją, że stanę się zbyt potężna.
A najgorsze jest to, że od dziecka słucham legend La Push i nikt nawet nie zasugerował, że to może być prawda. W sumie, to tych legend jest na pewno więcej, może one podsuną mi jakieś wyjaśnienie. Albo chociaż oderwą mnie od przemyśleń o Volturi.
Oparłam głowę o szybę. Miałam dość. Zamknęłam oczy.
Blondynka - Jane pewnym krokiem szła jakimś korytarzem. Podeszła do przedostatnich drzwi po prawej stronie i zapukała. Otworzył jej chłopak. Eric. Dziewczyna weszła do środka i usiadła na łóżku.
- Czego chcesz? - zapytała
- Pomocy - odpowiedział - Ta dziewczyna którą chcą zabić...
- Natalie. Hybryda to na nią delikatne określenie.
- Tak. I ja...
- Nie chcesz, żebyśmy ją zabili - stwierdziła chłodno Jane
- Właśnie. I ty mi w tym pomożesz.
- Niby dlaczego? - zapytała, a dłoń Erica powędrowała do jej naszyjnika. Litera "V" była ozdobiona małym pół-księżycem.
- To nie był prezent. I ty o tym wiesz - powiedział spokojnie - Twój brat załapał od razu.
W oczach Jane zalśnił strach. Kiwnęła głową i szybko wyszła z pokoju.
- Przepraszam... - szepnął Eric, kiedy drzwi się już zamknęły - Ale nie mogę pozwolić by ona zginęła.
Obudziłam się zdziwiona, że wiem jak wygląda herb Volturi i że ktoś chce mnie ratować.
Ale to jak Eric powiedział ostatnie zdanie... jakby chciał chronić kogoś, kogo kochał. A mnie nie mógł kochać. Nie zna mnie. Więc mówił o kimś innym.
A ten pół-księżyc... jego wykonanie...przypominało mi coś.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zerknęłam na godzinę. Spałam co najwyżej piętnaście minut!
Ale ten sen jeszcze bardziej pokręcił moje myśli. Z tego co mi opowiadali, to Jane i Alec nie boją się nikogo. No może z wyjątkiem Trójcy. A ten Eric... Ale w sumie to Jane chyba nie tyle bała się jego, co tego, co on może wiedzieć.
A może Eric wysyła mi fałszywe wizje, tak jak robił to z Alice. Ale wtedy chyba stworzyłby coś, co pokazywałoby mi wszystko... a o moim śnie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był jasny.
Spojrzałam na las. Zielone drzewa kołysały się lekko pod wpływem wiatru. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w tą zieleń, nie myśląc o niczym. Przerwał mi dopiero głos mamy. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stoi w drzwiach i uśmiecha się lekko. Kiwnęłam głową dając znak, że zauważyłam jej obecność.
- Alice już wróciła - powiedziała tylko, a ja natychmiast poczułam nieprzyjemny uścisk w żołądku. Zaraz się dowiem, co tak naprawdę planują Volturi. Spojrzałam mamie w oczy i od razu wiedziałam, że też się martwi. Uśmiechała się, mówiła spokojnie... jej maska nie sięgała tylko oczu. Wiedziałam, że mama wolałaby, gdybym nic nie wiedziała. Zmusiłam się do uśmiechu i kiwnęłam głową. Wyszłam na korytarz, a następnie zeszłyśmy z mamą do salonu. Alice stała przy oknie i przytulała się do Jaspera. Mój strach jeszcze się pogłębił. Nagle poczułam falę spokoju. Rozejrzałam się i zauważyłam, ze wszyscy znacznie się rozluźnili. No tak, Jasper.
- Volturi przybędą tu tuż po gwiazdce. Nie będzie ich wielu. Trójca, bliźniaki, Renata, Feliks... ogólnie straż przyboczna. Wpadną niby w odwiedziny, a potem... chcą wykorzystać element zaskoczenia i nas zabić. Wszystkich.
Kiedy Alice skończyła w pokoju zapanowała cisza.
- Nie wygląda to dobrze... - zaczął Edward, ale przerwała mu Leach
- A wręcz przeciwnie. Zapowiada się bardzo dobrze.
Jasper pokiwał głową i wyjaśnił:
- Przybędą małą grupą, pewni, że przyjmiemy ich z otwartymi ramionami. Nie będą się spodziewali, że to my zaatakujemy. Tak więc zapowiada się bardzo dobrze.
Do mnie, to co powiedział Jazz, dotarło dopiero po chwili. Uśmiechnęłam się. Miał rację. Planem Voturi jest wykorzystanie elementu zaskoczenia, jeśli jego nie będzie, plan się nie powiedzie.
Nie potrzebowałam mocy Edwarda, żeby wiedzieć, że wszyscy myślą to samo. Wystarczyło na nich spojrzeć.
Godzinę później Esme szykowała obiad. Nawet Leach się przełamała i siadła z nami do stołu. Wydawała się dziwnie smutna. Przypomniałam sobie jej reakcję kiedy opowiadałam o Ericu. I jej naszyjnik. Jestem wystarczająco dobra z plastyki, by rozpoznać ten styl. Kiedy to wszystko do mnie doszło, prawie się zachłysnęłam. Powietrzem. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę, a ja dziękowałam w myślach, że Edward wyszedł. Porozmawiam o tym z Leą, ale później. Jak będziemy same.
Mój wzrok spoczął na Seth'cie.
- Przyjedziecie jeszcze? - zapytałam, a chłopak uśmiechnął się.
- Jasne. Jeśli nas nie przegonią, to wpadniemy za tydzień - powiedział a ja mimowolnie zachichotałam na widok miny Lei na to "my" w wypowiedzeniu brata. Szybko się jednak opanowałam.
- To fajnie - powiedziałam szybko i zdałam sobie sprawę jak słabo to zabrzmiało. Zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Zakochałam się w nim. Spojrzałam mu w oczy, jednak on uciekał wzrokiem. Opuściłam głowę i westchnęłam cicho.
Esme weszła podając obiad. Nawet nie zarejestrowałam, co przygotowała. Kiedy zjedliśmy i Leach i Seth zaczęli się zbierać przypomniałam sobie o czym miałam z nią porozmawiać.
- Leach, mam do ciebie małą sprawę. Możemy pogadać? - zapytałam, a dziewczyna, na szczęście, zrozumiała, że chodzi mi o rozmowę bardziej prywatną. Zaproponowała bratu, by powyjadał Esme jeszcze trochę... wszystkiego a sama ruszyła w stronę lasu. Poszłam za nią. Po kilku minutach marszu znaleźliśmy się przy małym potoku. Leach usiadła opierając się plecami o pień drzewa, a ja zrobiłam to samo. Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę. Leach chyba wyczuła, że to nie jest łatwy temat, zwłaszcza, że kierowałam się samymi domysłami.
- Kiedy wyszłaś z Alice, ja poszła do siebie i zasnęłam na kilka minut - zaczęłam niepewnie. - Śnił mi się Eric.
Zobaczyłam w jej oczach iskierki zainteresowania, które jednak zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Jakby Leach nie chciała pokazać, jak ją to interesuje. Wzięłam głębszy oddech i zaczęłam opowiadać. Powiedziałam wszytko, a kiedy nie doczekałam się jej reakcji zaryzykowałam i dodałam:
- Ten półksiężyc Jane i twój wisiorek... wykonała je jedna osoba.
Leach gwałtownie wciągnęła powietrze i spojrzała na mnie tak zimno, że aż się przestraszyłam. Dziewczyna jednak szybko się opanowała.
- Możliwe. Mówiłam przecież, że wykonała go jakaś pijawka.
- Wykonał go Eric, prawda? Dla ciebie, jeszcze przed twoją przemianą - zaryzykowałam, jednak już kiedy kończyłam pierwsze zdanie wiedziałam, że mam rację. Leach skinęła głową.
- Kiedy mi go dawał obiecywał, że mnie nigdy nie opuści. Powtarzał, że mnie kocha... A potem odszedł. Brzydził się tym, kim się stałam. To po prostu głupia pijawka. Nigdy mu na mnie nie zależało - mówiła cicho, chyba nawet nieświadoma, że mówi na głos. Kiedy uniosła głowę, zobaczyłam w jej oczach łzy.
- To zostanie między nami - obiecałam, a potem dodałam - On nadal cię kocha. To ciebie chciał chronić, mnie nie znał. A jednak jest gotów tyle zaryzykować...
Leach pokręciła głową, a po tym, jak na mnie spojrzała, zrozumiałam. Nie chciała w to wierzyć, bo bała się, że on znowu ją zawiedzie. Kiwnęłam głową.
- Przepraszam, nie powinnam zaczynać tematu - szepnęłam, a Leach uśmiechnęła się delikatnie.
- Nic się nie stało. W sumie cieszę się, że ktoś o tym wie.
Wróciłyśmy w ciszy, nie odzywając się nawet słowem. Będąc tak blisko, że Edward, gdyby już wrócił, mógłby słyszeć moje myśli zaczęłam na siłę myśleć o czymś innym.
No i wreszcie jest rozdział. Zapraszam do czytania i liczę na jakieś komentarze :)
Myśli kłębiły się w mojej głowie, najwyraźniej chcąc ją rozerwać. Podeszłam do okna i usiadłam na parapecie. Krople deszczu spływały po szybie. To akurat było realne... i znajome.
Opowiedzieli mi wszystko. Kiedy Leah wyjawiła mi podstawy, reszta poszła za jej przykładem. A więc można by powiedzieć, że już wszystko wiem. No tak. Tylko problem jest taki, że nie potrafię w to uwierzyć.
Zamknęłam oczy chcąc poukładać sobie to wszystko. Po pierwsze: moja mama jest pół-wampirem, a tata zmiennokształtnym. Po drugie: najpotężniejsza rodzina wampirów chce mnie zabić. Chcą mnie zabić, bo jestem inna. Bo jestem czymś innym. Mam wrażenie, że oni po prostu się boją, że stanę się zbyt potężna.
A najgorsze jest to, że od dziecka słucham legend La Push i nikt nawet nie zasugerował, że to może być prawda. W sumie, to tych legend jest na pewno więcej, może one podsuną mi jakieś wyjaśnienie. Albo chociaż oderwą mnie od przemyśleń o Volturi.
Oparłam głowę o szybę. Miałam dość. Zamknęłam oczy.
Blondynka - Jane pewnym krokiem szła jakimś korytarzem. Podeszła do przedostatnich drzwi po prawej stronie i zapukała. Otworzył jej chłopak. Eric. Dziewczyna weszła do środka i usiadła na łóżku.
- Czego chcesz? - zapytała
- Pomocy - odpowiedział - Ta dziewczyna którą chcą zabić...
- Natalie. Hybryda to na nią delikatne określenie.
- Tak. I ja...
- Nie chcesz, żebyśmy ją zabili - stwierdziła chłodno Jane
- Właśnie. I ty mi w tym pomożesz.
- Niby dlaczego? - zapytała, a dłoń Erica powędrowała do jej naszyjnika. Litera "V" była ozdobiona małym pół-księżycem.
- To nie był prezent. I ty o tym wiesz - powiedział spokojnie - Twój brat załapał od razu.
W oczach Jane zalśnił strach. Kiwnęła głową i szybko wyszła z pokoju.
- Przepraszam... - szepnął Eric, kiedy drzwi się już zamknęły - Ale nie mogę pozwolić by ona zginęła.
Obudziłam się zdziwiona, że wiem jak wygląda herb Volturi i że ktoś chce mnie ratować.
Ale to jak Eric powiedział ostatnie zdanie... jakby chciał chronić kogoś, kogo kochał. A mnie nie mógł kochać. Nie zna mnie. Więc mówił o kimś innym.
A ten pół-księżyc... jego wykonanie...przypominało mi coś.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zerknęłam na godzinę. Spałam co najwyżej piętnaście minut!
Ale ten sen jeszcze bardziej pokręcił moje myśli. Z tego co mi opowiadali, to Jane i Alec nie boją się nikogo. No może z wyjątkiem Trójcy. A ten Eric... Ale w sumie to Jane chyba nie tyle bała się jego, co tego, co on może wiedzieć.
A może Eric wysyła mi fałszywe wizje, tak jak robił to z Alice. Ale wtedy chyba stworzyłby coś, co pokazywałoby mi wszystko... a o moim śnie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był jasny.
Spojrzałam na las. Zielone drzewa kołysały się lekko pod wpływem wiatru. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w tą zieleń, nie myśląc o niczym. Przerwał mi dopiero głos mamy. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stoi w drzwiach i uśmiecha się lekko. Kiwnęłam głową dając znak, że zauważyłam jej obecność.
- Alice już wróciła - powiedziała tylko, a ja natychmiast poczułam nieprzyjemny uścisk w żołądku. Zaraz się dowiem, co tak naprawdę planują Volturi. Spojrzałam mamie w oczy i od razu wiedziałam, że też się martwi. Uśmiechała się, mówiła spokojnie... jej maska nie sięgała tylko oczu. Wiedziałam, że mama wolałaby, gdybym nic nie wiedziała. Zmusiłam się do uśmiechu i kiwnęłam głową. Wyszłam na korytarz, a następnie zeszłyśmy z mamą do salonu. Alice stała przy oknie i przytulała się do Jaspera. Mój strach jeszcze się pogłębił. Nagle poczułam falę spokoju. Rozejrzałam się i zauważyłam, ze wszyscy znacznie się rozluźnili. No tak, Jasper.
- Volturi przybędą tu tuż po gwiazdce. Nie będzie ich wielu. Trójca, bliźniaki, Renata, Feliks... ogólnie straż przyboczna. Wpadną niby w odwiedziny, a potem... chcą wykorzystać element zaskoczenia i nas zabić. Wszystkich.
Kiedy Alice skończyła w pokoju zapanowała cisza.
- Nie wygląda to dobrze... - zaczął Edward, ale przerwała mu Leach
- A wręcz przeciwnie. Zapowiada się bardzo dobrze.
Jasper pokiwał głową i wyjaśnił:
- Przybędą małą grupą, pewni, że przyjmiemy ich z otwartymi ramionami. Nie będą się spodziewali, że to my zaatakujemy. Tak więc zapowiada się bardzo dobrze.
Do mnie, to co powiedział Jazz, dotarło dopiero po chwili. Uśmiechnęłam się. Miał rację. Planem Voturi jest wykorzystanie elementu zaskoczenia, jeśli jego nie będzie, plan się nie powiedzie.
Nie potrzebowałam mocy Edwarda, żeby wiedzieć, że wszyscy myślą to samo. Wystarczyło na nich spojrzeć.
Godzinę później Esme szykowała obiad. Nawet Leach się przełamała i siadła z nami do stołu. Wydawała się dziwnie smutna. Przypomniałam sobie jej reakcję kiedy opowiadałam o Ericu. I jej naszyjnik. Jestem wystarczająco dobra z plastyki, by rozpoznać ten styl. Kiedy to wszystko do mnie doszło, prawie się zachłysnęłam. Powietrzem. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę, a ja dziękowałam w myślach, że Edward wyszedł. Porozmawiam o tym z Leą, ale później. Jak będziemy same.
Mój wzrok spoczął na Seth'cie.
- Przyjedziecie jeszcze? - zapytałam, a chłopak uśmiechnął się.
- Jasne. Jeśli nas nie przegonią, to wpadniemy za tydzień - powiedział a ja mimowolnie zachichotałam na widok miny Lei na to "my" w wypowiedzeniu brata. Szybko się jednak opanowałam.
- To fajnie - powiedziałam szybko i zdałam sobie sprawę jak słabo to zabrzmiało. Zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Zakochałam się w nim. Spojrzałam mu w oczy, jednak on uciekał wzrokiem. Opuściłam głowę i westchnęłam cicho.
Esme weszła podając obiad. Nawet nie zarejestrowałam, co przygotowała. Kiedy zjedliśmy i Leach i Seth zaczęli się zbierać przypomniałam sobie o czym miałam z nią porozmawiać.
- Leach, mam do ciebie małą sprawę. Możemy pogadać? - zapytałam, a dziewczyna, na szczęście, zrozumiała, że chodzi mi o rozmowę bardziej prywatną. Zaproponowała bratu, by powyjadał Esme jeszcze trochę... wszystkiego a sama ruszyła w stronę lasu. Poszłam za nią. Po kilku minutach marszu znaleźliśmy się przy małym potoku. Leach usiadła opierając się plecami o pień drzewa, a ja zrobiłam to samo. Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę. Leach chyba wyczuła, że to nie jest łatwy temat, zwłaszcza, że kierowałam się samymi domysłami.
- Kiedy wyszłaś z Alice, ja poszła do siebie i zasnęłam na kilka minut - zaczęłam niepewnie. - Śnił mi się Eric.
Zobaczyłam w jej oczach iskierki zainteresowania, które jednak zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Jakby Leach nie chciała pokazać, jak ją to interesuje. Wzięłam głębszy oddech i zaczęłam opowiadać. Powiedziałam wszytko, a kiedy nie doczekałam się jej reakcji zaryzykowałam i dodałam:
- Ten półksiężyc Jane i twój wisiorek... wykonała je jedna osoba.
Leach gwałtownie wciągnęła powietrze i spojrzała na mnie tak zimno, że aż się przestraszyłam. Dziewczyna jednak szybko się opanowała.
- Możliwe. Mówiłam przecież, że wykonała go jakaś pijawka.
- Wykonał go Eric, prawda? Dla ciebie, jeszcze przed twoją przemianą - zaryzykowałam, jednak już kiedy kończyłam pierwsze zdanie wiedziałam, że mam rację. Leach skinęła głową.
- Kiedy mi go dawał obiecywał, że mnie nigdy nie opuści. Powtarzał, że mnie kocha... A potem odszedł. Brzydził się tym, kim się stałam. To po prostu głupia pijawka. Nigdy mu na mnie nie zależało - mówiła cicho, chyba nawet nieświadoma, że mówi na głos. Kiedy uniosła głowę, zobaczyłam w jej oczach łzy.
- To zostanie między nami - obiecałam, a potem dodałam - On nadal cię kocha. To ciebie chciał chronić, mnie nie znał. A jednak jest gotów tyle zaryzykować...
Leach pokręciła głową, a po tym, jak na mnie spojrzała, zrozumiałam. Nie chciała w to wierzyć, bo bała się, że on znowu ją zawiedzie. Kiwnęłam głową.
- Przepraszam, nie powinnam zaczynać tematu - szepnęłam, a Leach uśmiechnęła się delikatnie.
- Nic się nie stało. W sumie cieszę się, że ktoś o tym wie.
Wróciłyśmy w ciszy, nie odzywając się nawet słowem. Będąc tak blisko, że Edward, gdyby już wrócił, mógłby słyszeć moje myśli zaczęłam na siłę myśleć o czymś innym.
No i wreszcie jest rozdział. Zapraszam do czytania i liczę na jakieś komentarze :)
sobota, 11 stycznia 2014
Rozdział 11
- Te sny. Wiesz, czasem ludzie śnią o czymś, lub o kimś, kogo widzieli gdy byli bardzo mali. Świadomie tego nie pamiętają, ale... - Mężczyźnie przerwał dzwonek do drzwi. Miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się przepraszająco, wstał i ruszył w kierunku drzwi. Kilka sekund później do środka wbiegł Seth i niezbyt zadowolona Leah.
- Siądźcie - powiedziała Esme z uśmiechem. - My właśnie rozmawiamy z Nat o jej snach.
Leah spojrzała ze zdziwieniem na tatę, który pokiwał głową. Dziewczyna przewróciła oczami i usiadła.
- A więc, jak już mówiłem, - kontynuował Carlisle - czasami śnią na się rzeczy, które wiedzieliśmy w dzieciństwie. Pewnie stąd brały ci się te sny z nami w roli głównej. No i Jake opowiadał ci te legendy..
- Historie - przerwała mu Leah. - Carlisle, czy to do czegokolwiek prowadzi? Oprócz wyjaśnienia w jaki sposób działa ludzki mózg? Bo jeśli ty chcesz to w ten sposób tłumaczyć, to się zejdzie do następnego lata. A ja tyle czasu nie mam. Nat, - powiedziała patrząc mi prosto w oczy - te sny to przyszłość. W niektórych przypadkach może to być teraźniejszość. Twoje sny są wizjami.
Spojrzałam na wszystkich po kolei. Nikt nie wybuchł śmiechem, nie wykazywał żadnych oznak rozbawienia. Czyli to żart raczej nie był. No chyba, że ich zdolności aktorskie są tak ogromne.
- To nie żart - powiedział nagle rudy jakby czytając mi w myślach. A po chwili dodał jeszcze - Bo czytam. I nie jestem rudy.
- A podobno wampiry mają niesamowicie dobry wzrok - powiedziała cicho Leah wywołując delikatny uśmiech na twarzy Rose i wybuch śmiechu u Emmeta.
- Ale... ale moje sny są sprzeczne - powiedziałam przypominając sobie je wszystkie. - W tym pierwszym ci Volturi mnie gonią. Śniłam tam, że oni próbują mnie zabić, a potem wszyscy giną. Potem śniłam, że są w jakiejś sali. Rozmawiają. Jeden chłopak - Eric - miał porzucić fałszywe wizje. A ostatnio śniłam, że coś lub ktoś mnie goni. Uciekałam przez las i nagle wypadłam na jakąś polankę. Rozmawiałam tam z dwójką wampirów, właściwie, to jeszcze dzieciaków. Mieli może trzynaście lat.
- Ta dwójka to pewnie Alec i Jane. Zostali zmienieni w wieku dwunastu lat, ale teraz mają około tysiąca. Poza tym nie widzę tu sprzeczności - stwierdził bez ogródek Jasper.
- Trudno to wyjaśnić. Bo w tym pierwszym ja wiedziałam, że oni wszyscy chcą mnie skrzywdzić. To było po prostu pewne. Tak jakby ktoś mnie o tym ciągle zapewniał. A w kolejnych... ten drugi, on... widziałam wszystko, ale jedyne co wiedziałam, to to, o czym mówili. A trzeci... w nim całkowicie brałam udział. W poprzednich nie mogłam kontrolować żadnego swojego ruchu.
- To dziwne. Eleazar twierdził, że twoim darem są wizje. Ale nie takie, jakie ma Alice. Twoje nie zmieniają się wraz z decyzjami innych, ale nie są również niepodważalne.
- Wizje Alice? - zdziwiłam się i zerknęłam na dziewczynę.
- Tak - Al uśmiechnęła się.- To mój dar. Widzę przyszłość. Ale wszystko zależy od decyzji, jakie podejmują inni.
- Ja.. ja nie specjalnie to wszystko rozumiem - wyznałam. Spojrzałam na Leah. Wiedziałam, że jeśli ktokolwiek ma mi to wytłumaczyć w miarę szybko i zwięźle to będzie ona.
- OK. Po kolei - Leah wywróciła oczami jednocześnie się delikatnie uśmiechając. - W twoim ostatnim śnie Alec i Jane wyjaśnili ci kilak ważniejszych rzeczy. A więc, że są wampirami oraz co cechuje wampiry.
- Tak... mniej więcej - powiedziałam cicho.
- Dobrze. Więc wiesz, że wampiry mają wyostrzone zmysły, są bardzo szybkie, niesamowicie wytrzymałe... no z wyjątkiem ognia. Świecą się na słońcu, czosnek i woda święcona na nie nie działa. Żywią się krwią. Akurat Cullenowie to wegetarianie. Żywią się krwią, owszem, ale zwierzęcą. Dlatego ich oczy są złote.
- A jeśli wampir żywi się ludzką krwią, to jego oczy są czerwone? - zapytałam przypominając sobie moje sny. Wszyscy pokiwali głowami. - Wiecie, ten Eric... on też miał złote oczy. Wszyscy inni mieli tam czerwone, tylko on miał złote.
Leah rzuciła mi zdziwione spojrzenie. Przez chwilę miałam wrażenie, że chce mnie o coś zapytać. Jednak chyba zrezygnowała. Zamiast tego zwróciła się do Alice.
- Al, myślę, że wiem, jak ominąć te fałszywe wizje. Ja mam naszyjnik, który blokuje dary mentalne. No... mniej więcej blokuje. Powiedzmy Edward nie może przeczytać wszystkich moich myśli, ale nie jestem w stanie zablokować wszystkiego. Wydaje mi się, że to dlatego, że jestem zmiennokształtną.
- A co to ma do rzeczy? - zdziwił się tata.
- Naszyjnik został stworzony przez pewną pijawkę, dla wampirzycy. Ostatecznie dla człowieka. Gdybym nie uczyła się go kontrolować, byłby tylko głupią ozdobą.
- Czyli... - odezwał się Ed. - Czyli nie dasz go Alice jeśli będę w pobliżu?
- Tak. Ale nie przyszłam tu tylko po to, żeby wyjaśnić wam sprawę naszyjnika - powiedziała, a gdy spojrzała na Setha dodała - Ani dlatego, że Seth mnie tu zaciągnął.
- Więc o czym jeszcze chciałaś pogadać? - zapytała Rose.
- O Natalie - stwierdził rudy... a po chwili zaczął mruczeć coś pod nosem. Emmet chyba to zrozumiał, bo zaczął się śmiać. Leah tylko zgromiła go wzrokiem.
- Tak, chodzi o Nat. Volturi ją zabiją. Już o niej wiedzą. Wiecie o tym. Pamiętacie jaka była sprawa z Ness.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Wobec tego, co proponujesz? - zapytał Carlisle
- Teraz nie zaatakują. jest środek lata. Poza tym myślą, że nie spodziewamy się agresywnych działań z ich strony. Tak więc chwilowo jest tu bezpiecznie. Sądzę jednak, że lepiej będzie, jeśli przeniesiecie się do La Push - ostatnie słowa skierowała do mnie i rodziców.
- Wydaje mi się, że masz rację. W La Push będziecie pod stałą ochroną - niechętnie stwierdziła Rosalie.
- Dobrze. Skoro wszystko już uzgodnione, to ja chyba pójdę się przebrać - stwierdziła Al i pobiegła do swojego pokoju. Wróciła już po kilku minutach. Miała na sobie ciemne rurki, biały T-shirt z nadrukiem, czarną skórzaną kurtkę i addidasy.
- No to idziemy - powiedziała Leah i wyszła z domu. Zerknęłam przez okno, żeby zobaczyć w którym kierunku pójdą. Zobaczyłam, że Leah pobiegła do lasu. Schowała się za pierwszym lepszym drzewem. Po chwili zza tego drzewa wyszedł ogromny wilk. Taki sam jak w moim śnie. W mojej wizji.
- Eee... Leah wszystko ci mniej więcej wytłumaczyła - zaczęła Esme. - Jestem jednak pewna, że chciałabyś znać więcej szczegółów.
Kiwnęłam głową i zaczęli opowiadać.
- Aro, Marek i Kajusz stoją na czele Volturi. Prawdziwą władzę ma jednak Aro. Kajusz i Marek zwykle nie zgadzają się ze sobą, a, że większość decyzji podejmują drogą głosowania, Aro ma decydujący głos - powiedział Edward, ale wtrącił się Carlisle.
- Owszem, jednak Kajusz, mimo że często ma inne zdanie niż Marek chętniej poszedłby za nim, niż za Aro. Nawet jeśli ten drugi się z nim zgadza. Ma to chyba związek z tym, że to Marek jest najstarszy.
- Marek jednak niczym się nie interesuje. Zostawił władzę Aro, a Kajusz po prostu to akceptuje - podsumował Jasper.
- Tak, nie da się ukryć - Edward spojrzał na wszystkich, jakby się upewniając, że nikt już mu nie przerwie.- W straży Volturi są głównie utalentowane wampiry. Alec i Jane to "piekielne bliźniaki". Ich dary są praktycznie przeciwne. Jane może sprawić ogromny ból, a Alec "wyłącza zmysły". Demetri jest tropicielem, Feliks wprawdzie nie ma daru, ale jest niesamowicie silny, nawet jak na wampira. Renata jest tarczą fizyczną. Zawsze trzyma się blisko Aro. No i oczywiście Heidi. Ona... sprowadza ludzi. Jest również Chelsea. Jej darem jest manipulacja uczuciami. Głowa Volturi również nie jest pozbawiona daru. Aro za pośrednictwem dotyku może przeczytać wszystkie twoje myśli.
- Siądźcie - powiedziała Esme z uśmiechem. - My właśnie rozmawiamy z Nat o jej snach.
Leah spojrzała ze zdziwieniem na tatę, który pokiwał głową. Dziewczyna przewróciła oczami i usiadła.
- A więc, jak już mówiłem, - kontynuował Carlisle - czasami śnią na się rzeczy, które wiedzieliśmy w dzieciństwie. Pewnie stąd brały ci się te sny z nami w roli głównej. No i Jake opowiadał ci te legendy..
- Historie - przerwała mu Leah. - Carlisle, czy to do czegokolwiek prowadzi? Oprócz wyjaśnienia w jaki sposób działa ludzki mózg? Bo jeśli ty chcesz to w ten sposób tłumaczyć, to się zejdzie do następnego lata. A ja tyle czasu nie mam. Nat, - powiedziała patrząc mi prosto w oczy - te sny to przyszłość. W niektórych przypadkach może to być teraźniejszość. Twoje sny są wizjami.
Spojrzałam na wszystkich po kolei. Nikt nie wybuchł śmiechem, nie wykazywał żadnych oznak rozbawienia. Czyli to żart raczej nie był. No chyba, że ich zdolności aktorskie są tak ogromne.
- To nie żart - powiedział nagle rudy jakby czytając mi w myślach. A po chwili dodał jeszcze - Bo czytam. I nie jestem rudy.
- A podobno wampiry mają niesamowicie dobry wzrok - powiedziała cicho Leah wywołując delikatny uśmiech na twarzy Rose i wybuch śmiechu u Emmeta.
- Ale... ale moje sny są sprzeczne - powiedziałam przypominając sobie je wszystkie. - W tym pierwszym ci Volturi mnie gonią. Śniłam tam, że oni próbują mnie zabić, a potem wszyscy giną. Potem śniłam, że są w jakiejś sali. Rozmawiają. Jeden chłopak - Eric - miał porzucić fałszywe wizje. A ostatnio śniłam, że coś lub ktoś mnie goni. Uciekałam przez las i nagle wypadłam na jakąś polankę. Rozmawiałam tam z dwójką wampirów, właściwie, to jeszcze dzieciaków. Mieli może trzynaście lat.
- Ta dwójka to pewnie Alec i Jane. Zostali zmienieni w wieku dwunastu lat, ale teraz mają około tysiąca. Poza tym nie widzę tu sprzeczności - stwierdził bez ogródek Jasper.
- Trudno to wyjaśnić. Bo w tym pierwszym ja wiedziałam, że oni wszyscy chcą mnie skrzywdzić. To było po prostu pewne. Tak jakby ktoś mnie o tym ciągle zapewniał. A w kolejnych... ten drugi, on... widziałam wszystko, ale jedyne co wiedziałam, to to, o czym mówili. A trzeci... w nim całkowicie brałam udział. W poprzednich nie mogłam kontrolować żadnego swojego ruchu.
- To dziwne. Eleazar twierdził, że twoim darem są wizje. Ale nie takie, jakie ma Alice. Twoje nie zmieniają się wraz z decyzjami innych, ale nie są również niepodważalne.
- Wizje Alice? - zdziwiłam się i zerknęłam na dziewczynę.
- Tak - Al uśmiechnęła się.- To mój dar. Widzę przyszłość. Ale wszystko zależy od decyzji, jakie podejmują inni.
- Ja.. ja nie specjalnie to wszystko rozumiem - wyznałam. Spojrzałam na Leah. Wiedziałam, że jeśli ktokolwiek ma mi to wytłumaczyć w miarę szybko i zwięźle to będzie ona.
- OK. Po kolei - Leah wywróciła oczami jednocześnie się delikatnie uśmiechając. - W twoim ostatnim śnie Alec i Jane wyjaśnili ci kilak ważniejszych rzeczy. A więc, że są wampirami oraz co cechuje wampiry.
- Tak... mniej więcej - powiedziałam cicho.
- Dobrze. Więc wiesz, że wampiry mają wyostrzone zmysły, są bardzo szybkie, niesamowicie wytrzymałe... no z wyjątkiem ognia. Świecą się na słońcu, czosnek i woda święcona na nie nie działa. Żywią się krwią. Akurat Cullenowie to wegetarianie. Żywią się krwią, owszem, ale zwierzęcą. Dlatego ich oczy są złote.
- A jeśli wampir żywi się ludzką krwią, to jego oczy są czerwone? - zapytałam przypominając sobie moje sny. Wszyscy pokiwali głowami. - Wiecie, ten Eric... on też miał złote oczy. Wszyscy inni mieli tam czerwone, tylko on miał złote.
Leah rzuciła mi zdziwione spojrzenie. Przez chwilę miałam wrażenie, że chce mnie o coś zapytać. Jednak chyba zrezygnowała. Zamiast tego zwróciła się do Alice.
- Al, myślę, że wiem, jak ominąć te fałszywe wizje. Ja mam naszyjnik, który blokuje dary mentalne. No... mniej więcej blokuje. Powiedzmy Edward nie może przeczytać wszystkich moich myśli, ale nie jestem w stanie zablokować wszystkiego. Wydaje mi się, że to dlatego, że jestem zmiennokształtną.
- A co to ma do rzeczy? - zdziwił się tata.
- Naszyjnik został stworzony przez pewną pijawkę, dla wampirzycy. Ostatecznie dla człowieka. Gdybym nie uczyła się go kontrolować, byłby tylko głupią ozdobą.
- Czyli... - odezwał się Ed. - Czyli nie dasz go Alice jeśli będę w pobliżu?
- Tak. Ale nie przyszłam tu tylko po to, żeby wyjaśnić wam sprawę naszyjnika - powiedziała, a gdy spojrzała na Setha dodała - Ani dlatego, że Seth mnie tu zaciągnął.
- Więc o czym jeszcze chciałaś pogadać? - zapytała Rose.
- O Natalie - stwierdził rudy... a po chwili zaczął mruczeć coś pod nosem. Emmet chyba to zrozumiał, bo zaczął się śmiać. Leah tylko zgromiła go wzrokiem.
- Tak, chodzi o Nat. Volturi ją zabiją. Już o niej wiedzą. Wiecie o tym. Pamiętacie jaka była sprawa z Ness.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Wobec tego, co proponujesz? - zapytał Carlisle
- Teraz nie zaatakują. jest środek lata. Poza tym myślą, że nie spodziewamy się agresywnych działań z ich strony. Tak więc chwilowo jest tu bezpiecznie. Sądzę jednak, że lepiej będzie, jeśli przeniesiecie się do La Push - ostatnie słowa skierowała do mnie i rodziców.
- Wydaje mi się, że masz rację. W La Push będziecie pod stałą ochroną - niechętnie stwierdziła Rosalie.
- Dobrze. Skoro wszystko już uzgodnione, to ja chyba pójdę się przebrać - stwierdziła Al i pobiegła do swojego pokoju. Wróciła już po kilku minutach. Miała na sobie ciemne rurki, biały T-shirt z nadrukiem, czarną skórzaną kurtkę i addidasy.
- No to idziemy - powiedziała Leah i wyszła z domu. Zerknęłam przez okno, żeby zobaczyć w którym kierunku pójdą. Zobaczyłam, że Leah pobiegła do lasu. Schowała się za pierwszym lepszym drzewem. Po chwili zza tego drzewa wyszedł ogromny wilk. Taki sam jak w moim śnie. W mojej wizji.
- Eee... Leah wszystko ci mniej więcej wytłumaczyła - zaczęła Esme. - Jestem jednak pewna, że chciałabyś znać więcej szczegółów.
Kiwnęłam głową i zaczęli opowiadać.
- Aro, Marek i Kajusz stoją na czele Volturi. Prawdziwą władzę ma jednak Aro. Kajusz i Marek zwykle nie zgadzają się ze sobą, a, że większość decyzji podejmują drogą głosowania, Aro ma decydujący głos - powiedział Edward, ale wtrącił się Carlisle.
- Owszem, jednak Kajusz, mimo że często ma inne zdanie niż Marek chętniej poszedłby za nim, niż za Aro. Nawet jeśli ten drugi się z nim zgadza. Ma to chyba związek z tym, że to Marek jest najstarszy.
- Marek jednak niczym się nie interesuje. Zostawił władzę Aro, a Kajusz po prostu to akceptuje - podsumował Jasper.
- Tak, nie da się ukryć - Edward spojrzał na wszystkich, jakby się upewniając, że nikt już mu nie przerwie.- W straży Volturi są głównie utalentowane wampiry. Alec i Jane to "piekielne bliźniaki". Ich dary są praktycznie przeciwne. Jane może sprawić ogromny ból, a Alec "wyłącza zmysły". Demetri jest tropicielem, Feliks wprawdzie nie ma daru, ale jest niesamowicie silny, nawet jak na wampira. Renata jest tarczą fizyczną. Zawsze trzyma się blisko Aro. No i oczywiście Heidi. Ona... sprowadza ludzi. Jest również Chelsea. Jej darem jest manipulacja uczuciami. Głowa Volturi również nie jest pozbawiona daru. Aro za pośrednictwem dotyku może przeczytać wszystkie twoje myśli.
Rozdział jak zwykle spóźniony, ale niestety wcześniej nie miałam czasu pisać. Nie mam pojęcia, kiedy pojawi się następny. Postaram się jak najszybciej.
sobota, 30 listopada 2013
Rozdział 10
No i znowu was przepraszam. Rozdział miał się pojawić już dawno temu... Mam nadzieję, że mi to wybaczycie...
Rozdział 10
Następny dzień powitałam z miłym zaskoczeniem, ponieważ znów nie miałam koszmaru. Miałam wrażenie, że jest już późno, ale jedno spojrzenie na wyświetlacz komórki sprawiło, że wróciłam do rzeczywistości. Było kilka minut po piątej. Westchnęłam. Od kiedy ja tak wcześnie wstaję? No, od kiedy? Postanowiłam poleżeć jeszcze z godzinkę, a potem wstać, jednak już po pięciu minutach moje postanowienie poszło w niepamięć. Wstałam, wzięłam odpowiednie rzeczy i skierowałam się do łazienki. Postanowiłam zrobić sobie kąpiel. W końcu i tak miałam dużo czasu.
Kiedy wreszcie wyszłam z łazienki usłyszałam krzyk dobiegający z mojego pokoju. Szybko weszłam do środka, ale nikogo nie zobaczyłam. Na podłodze leżała karteczka. Podniosłam ją i przeleciałam wzrokiem po tekście.
Wyszłam na spacer. Wrócę na obiad.
N.
Dopiero po chwili dotarła do mnie jedna bardzo dziwna rzecz. Było to zdecydowanie moje pismo. Odwróciłam kartkę. Nic. Wzięłam głęboki wdech. Ktoś podrzucił tu tę kartkę. Napisał te kilka słów moim stylem, ale nie wiedział, że ja zawsze, na odwrocie kartki piszę: ,,PS: O której obiad?" lub: ,,PS: Tak, wiem o której obiad." Robiłam tak od zawsze. Gdy wychodziłam na spacer i nie byłam pewna, czy wrócę na umówioną godzinę pisałam pierwszą wersję, a jeśli byłam pewna co do długości spaceru (co zdarzało się rzadko) na odwrocie znajdowała się druga wersja. Westchnęłam. Chciałam iść na spacer, ale po zauważeniu tej kartki już nie byłam taka chętna. Ale ktoś, kto tą kartkę napisał najwyraźniej chciał, żebym wyszła. Usiadłam na rogu łóżka i schowałam twarz w dłonie. Może to był żart... ale kogo? Moje pismo znają tu tylko rodzice, w końcu jeszcze nie było potrzeby, żebym coś tu napisała. A poza tym oni wiedzą o tych dopiskach na odwrocie kartki. Zresztą, tata to jeszcze by się na jakiś żart zdecydował, ale mama... no cóż, raczej by mu nie pozwoliła. A co do nowo poznanej rodzinki. Jedyną osobą, którą bym mogła o to podejrzewać jest Emmet, ale on z kolei strasznie boi się Rose. A ona takiego żartu by nie pochwaliła. No więc dalej... Edward, Isabella, Alice, Jesper, Esme i Carlisle... Al i Jasper odpadają... w końcu jeszcze ich słyszę... ich pokój jest zdecydowanie zbyt blisko. Ed i Bella.... hmm... nie, takie żarty to raczej nie w ich stylu, a Esme i Carlisle... odpadają z powodów oczywistych. A więc to nie mógł być nikt z domu. No i ten dziwny krzyk który usłyszałam... czy tylko ja go słyszałam? Przecież... ktoś powinien tu przyjść... a może mi się przesłyszało?
Westchnęłam i sięgnęłam po kartkę. Dopisałam na odwrocie jedno zdanie i wyszłam z pokoju. Po chwili byłam już w salonie, skąd skierowałam się do kuchni. Szybko zrobiłam sobie kanapkę i trzymając ją w ręce wyszłam z domu. Przez kilka pierwszych minut szłam szybciej niż niektórzy biegają, dopiero potem się uspokoiłam. Usiadłam pod drzewem opierając się plecami o szorstką korę. Dopiero wtedy zauważyłam, że ciągle mam w ręce nietkniętą kanapkę. Ja nie czułam głodu, ale mój żołądek miał najwyraźniej inne zdanie, bo zaburczało mi w brzuchu. Zmusiłam się, by wziąć gryza kanapki, a potem kolejnego. W tym tempie zniknęła dopiero po kilku minutach. Odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam oczy. Musiałam się uspokoić i pomyśleć. Kartka... może po prostu któregoś dnia miałam ją zostawić, ale mama zdążyła wstać, więc nie było sensu jej kończyć? I może byłam roztargniona i zamiast do kosza wrzuciłam ją do torebki? Tak, to musi być to. No ale pozostaje jeszcze kwestia krzyku... czy to możliwe, że się przesłyszałam? W końcu ktoś jeszcze by to usłyszał... Tak, musiałam się przesłyszeć.
Otworzyłam oczy i podniosłam się z ziemi. Postanowiłam pospacerować. Ruszyłam przed siebie nie myśląc o niczym.
Kiedy w końcu stwierdziłam, że już czas wracać dochodziła druga. Czyli na obiad się spóźnię. Westchnęłam. Niby napisałam, że mogę się spóźnić, ale... Chyba czas pobiegać. Zamknęłam na chwilę oczy, a po chwili je otworzyłam jednocześnie ruszając. Jestem najszybsza w klasie, chyba nawet w szkole, więc powinnam się wyrobić z powrotem w jakieś... chwila, ile ja łaziłam? No nic zobaczymy kiedy dobiegnę.
Pół godziny później byłam już bardzo blisko domu. Uśmiechnęłam się. Moja kondycja jest w świetnym stanie. Prawie się nie zmęczyłam.
Kiedy weszłam do domu wszyscy siedzieli w salonie, a ich oczy były skierowane we mnie.
- Mówiłem, że wróci. Ona cały czas chodzi na spacery - powiedział tata uśmiechając się do mnie.
- Ale napisała, że wróci na obiad... - Rose najwyraźniej się martwiła.
- Dopisek z tyłu kartki... mówiłam ci przecież... - mama również się uśmiechnęła, tyle, że do Rosalie.
- Przepraszam, ale straciłam poczucie czasu - powiedziałam uśmiechając się przepraszająco.
- Dobrze, że nie czekaliśmy z obiadem, bo bym tu padł z głodu - powiedział tata próbując brzmieć poważnie.
- Mogłam nalegać, żebyśmy poczekali - stwierdziła Rose najpoważniej w świecie.
- Natalie, pewnie jesteś głodna. Chodź do kuchni to coś ci przygotuję - powiedziałam Esme kończąc kłótnie taty i Rose nim ta się jeszcze zaczęła.
Esme odgrzała mi obiad, a kiedy zjadłam zadzwonił mój telefon. Tak jak się spodziewałam dzwoniła Eva. Poszłam do swojego pokoju i opowiedziałam jej o wszystkim co robiłam, po raz kolejny przeprosiłam, za niezrobienie zdjęć. Wymusiła na mnie obietnicę, że najpóźniej kolejnego dnia jej zrobię i wyślę. Nie widziałyśmy się kilka dni, a już było tyle do opowiadania. Rozmawiać skończyłyśmy, kiedy ją na kolacje mama zawołała. Uśmiechnęłam się. Nigdy nie lubiłam dużo gadać przez telefon. Jeśli chciałam pogadać z Evą wysyłam jej SMSa lub dzwoniłam, że zaraz wpadnę. Wyjątkami były wakacje, ferie i święta, kiedy jedna z nas, lub obie wyjeżdżałyśmy gdzieś.
Przed zejściem na dół, na kolację, weszłam do łazienki. Gdy myłam ręce, w lustrze zobaczyłam twarz. Właściwie, to ta twarz tylko mi mignęła, a kiedy odwróciłam się, nikogo za mną nie było. Zamknęłam na chwilę oczy. Pomyślałam, ze zaczynam mieć zwidy. Wyszłam z łazienki i zeszłam na dół. Byli tam już wszyscy... czy oni zjedli już kolację? No co to jest? Jeszcze ani razu nie zjadłam z nimi posiłku.
- Nat! Czy ty masz zamiar choć raz nie spóźnić się na jedzonko? - zapytał uśmiechnięty Emmet
- Na śniadanie przyszłam wcześniej.
- Ta... na śniadania to my się spóźniamy - Emm zrobił smutną minkę... ja tam chyba czegoś w nim nie łapię... OK, ja go całego nie łapię.
Kiedy zjadłam już kolację wróciłam do swojego pokoju. Byłam strasznie zmęczona, więc szybko położyłam się spać.
Biegłam. Uciekałam. Widziałam drzewa... czyżbym była w lesie? Zaczyna brakować sił. Nagle wbiegłam na polankę. W lesie było ciemno, a na polance oślepiało mnie słońce. Musiałam przymknąć oczy. W pewnej chwili usłyszałam czyjś głos.
- Natalie Black?
- Tak? - odwróciłam się i zobaczyłam chłopca. Musiał być ode mnie trochę młodszy, ale był bardzo ładny... tak ładny. Nie przystojny, jeszcze nie. Jego twarz wydawała mi się znajoma... No tak! Śnił mi się już. No i jego skóra. Świeciła się!
- Jane! Ona jest tutaj! - krzyknął, a sekundę później pojawiła się obok niego dziewczyna. Jej skóra również się świeciła. Musiał być w jego wieku i była bardzo podobna... może siostra?
- Kim wy jesteście? - zapytałam, mimo, ze odpowiedź nagle wydała mi się oczywista. Kolor oczu, blada, świecąca się na słońcu skóra, szybkość... pewnie gdybym ich dotknęła poczułabym ich zimno.
- No przecież wiesz. - Dziewczyna uśmiechnęła się ukazując idealnie białe zęby i... kły? Teraz już byłam pewna.
- Jesteście wampirami - powiedziałam to z takim spokojem w głosie, że aż sama się zaskoczyłam.
- Tak, a ty jesteś córką pół-wampira i zmiennokształtnego. Takiej mieszanki wybuchowej to jeszcze nie było - powiedziała Jane z uśmiechem. Otwierała usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, kiedy poczułam ciepłą dłoń na policzku.
Otworzyłam oczy. Nad moim łóżkiem stał tata uśmiechając się wesoło.
- Wiesz, że jest już dziesiąta? - zapytał z uśmiechem
- Że niby która?!
- Dziesiąta.
- Ehh... ale mi się chce jeszcze spać...
- No to śpij. Tylko się nie zdziw jeśli zaraz do ciebie wpadnie Emmet z wiadrem zimnej wody...
- Już wstaję!!! - Emmet i wiadro wody nie wydają mi się dobrym połączeniem. Ale bardzo realnym. Szybko zerwałam się z łóżka, wzięłam czyste ubrania i poszłam do łazienki. Pół godziny później schodziłam na dół. W salonie nikogo nie było, więc poszłam do kuchni zrobić sobie kanapkę.
Gdy już zjadłam wróciłam do salonu. Przed telewizorem jak gdyby nigdy nic siedział Emmet i oglądał...
- Teletubisie?!
- Tak, dawno się zaczęły, ale jeszcze zdążysz obejrzeć końcówkę! - powiedział uśmiechnięty.
- Hmm... ja chyba podziękuję. A tak właściwie, to gdzie są wszyscy?
- Rose i Al są w pokoju... chyba ustalają, kiedy pójdą na zakupy, Bella, Ed i Nessie chyba poszli na spacer, Jake... nie mam pojęcia gdzie polazł. Jasper i Esme są na po... poszli do szkoły. Muszą coś załatwić. - postanowiłam udawać, że nie zauważyłam tego zająknięcia. Tylko co on chciał wtedy powiedzieć? - Powinni niedługo wrócić.
- Aha... to ja pójdę do siebie. Może Eva wysłała mi jakieś zdjęcia. Znowu.
- A może... - Emmet odwrócił wzrok od teletubisiów - porobimy ci jakieś zdjęcia? Twoja przyjaciółka pewnie już na nie czeka.
- W sumie racja. To co idziemy?
- Tak, tylko Teletubisie się skończą.
Westchnęłam. Lubię Emma, ale on czasem zachowuje się jak pięcioletnie dziecko. Usiadłam obok niego i poczekałam, aż ta jego bajka się skończy.
Piętnaście minut później byliśmy już w lesie. Emmet robił zdjęcia mi i wszystkiemu, co nie uciekło. Kiedy w końcu skończył, zabrałam mu aparat i pstryknęłam mu fotkę. Następnie poszłam do domu i przerzuciłam zdjęcia na laptopa. Wi-fi działało więc od razu wysłałam zdjęcia Evie. Będzie miała co oglądać. Uśmiechnęłam się do siebie i jeszcze raz przejrzałam wszystkie zdjęcia. Zatrzymałam się dopiero na ostatnim. Na zdjęciu Emmeta. Skóra na jego lewej dłoni... świeciła się. Tak jak w moim śnie! Przyjrzałam się dokładniej. To było widać bardzo delikatnie, praktycznie wcale. Ale jednak, ja to widziałam. Może to usterka aparatu? Ale w takim razie dlaczego na pozostałych zdjęciach nic się nie świeci? A może po prostu nie zwróciłam na to uwagi? Miałam cofnąć do poprzedniego zdjęcia, ale usłyszałam głos taty. Najwyraźniej mnie wołał. Westchnęłam i wstałam od komputerka. Kilka sekund później byłam już w salonie. Siedzieli tam już wszyscy. Zdziwiłam się trochę, ale w końcu dochodziła pora obiadu. Może po prostu czekają aż będzie gotowe? No, ale wtedy ktoś byłby w kuchni...
- Siądź, Natalie. Musimy porozmawiać - powiedziała spokojnie Esme. Zdziwiłam się trochę, ale posłusznie usiadłam.
- Twoi rodzice opowiedzieli nam o twoich snach... - zaczął Carlisle - I widzisz...
Rozdział 10
Następny dzień powitałam z miłym zaskoczeniem, ponieważ znów nie miałam koszmaru. Miałam wrażenie, że jest już późno, ale jedno spojrzenie na wyświetlacz komórki sprawiło, że wróciłam do rzeczywistości. Było kilka minut po piątej. Westchnęłam. Od kiedy ja tak wcześnie wstaję? No, od kiedy? Postanowiłam poleżeć jeszcze z godzinkę, a potem wstać, jednak już po pięciu minutach moje postanowienie poszło w niepamięć. Wstałam, wzięłam odpowiednie rzeczy i skierowałam się do łazienki. Postanowiłam zrobić sobie kąpiel. W końcu i tak miałam dużo czasu.
Kiedy wreszcie wyszłam z łazienki usłyszałam krzyk dobiegający z mojego pokoju. Szybko weszłam do środka, ale nikogo nie zobaczyłam. Na podłodze leżała karteczka. Podniosłam ją i przeleciałam wzrokiem po tekście.
Wyszłam na spacer. Wrócę na obiad.
N.
Dopiero po chwili dotarła do mnie jedna bardzo dziwna rzecz. Było to zdecydowanie moje pismo. Odwróciłam kartkę. Nic. Wzięłam głęboki wdech. Ktoś podrzucił tu tę kartkę. Napisał te kilka słów moim stylem, ale nie wiedział, że ja zawsze, na odwrocie kartki piszę: ,,PS: O której obiad?" lub: ,,PS: Tak, wiem o której obiad." Robiłam tak od zawsze. Gdy wychodziłam na spacer i nie byłam pewna, czy wrócę na umówioną godzinę pisałam pierwszą wersję, a jeśli byłam pewna co do długości spaceru (co zdarzało się rzadko) na odwrocie znajdowała się druga wersja. Westchnęłam. Chciałam iść na spacer, ale po zauważeniu tej kartki już nie byłam taka chętna. Ale ktoś, kto tą kartkę napisał najwyraźniej chciał, żebym wyszła. Usiadłam na rogu łóżka i schowałam twarz w dłonie. Może to był żart... ale kogo? Moje pismo znają tu tylko rodzice, w końcu jeszcze nie było potrzeby, żebym coś tu napisała. A poza tym oni wiedzą o tych dopiskach na odwrocie kartki. Zresztą, tata to jeszcze by się na jakiś żart zdecydował, ale mama... no cóż, raczej by mu nie pozwoliła. A co do nowo poznanej rodzinki. Jedyną osobą, którą bym mogła o to podejrzewać jest Emmet, ale on z kolei strasznie boi się Rose. A ona takiego żartu by nie pochwaliła. No więc dalej... Edward, Isabella, Alice, Jesper, Esme i Carlisle... Al i Jasper odpadają... w końcu jeszcze ich słyszę... ich pokój jest zdecydowanie zbyt blisko. Ed i Bella.... hmm... nie, takie żarty to raczej nie w ich stylu, a Esme i Carlisle... odpadają z powodów oczywistych. A więc to nie mógł być nikt z domu. No i ten dziwny krzyk który usłyszałam... czy tylko ja go słyszałam? Przecież... ktoś powinien tu przyjść... a może mi się przesłyszało?
Westchnęłam i sięgnęłam po kartkę. Dopisałam na odwrocie jedno zdanie i wyszłam z pokoju. Po chwili byłam już w salonie, skąd skierowałam się do kuchni. Szybko zrobiłam sobie kanapkę i trzymając ją w ręce wyszłam z domu. Przez kilka pierwszych minut szłam szybciej niż niektórzy biegają, dopiero potem się uspokoiłam. Usiadłam pod drzewem opierając się plecami o szorstką korę. Dopiero wtedy zauważyłam, że ciągle mam w ręce nietkniętą kanapkę. Ja nie czułam głodu, ale mój żołądek miał najwyraźniej inne zdanie, bo zaburczało mi w brzuchu. Zmusiłam się, by wziąć gryza kanapki, a potem kolejnego. W tym tempie zniknęła dopiero po kilku minutach. Odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam oczy. Musiałam się uspokoić i pomyśleć. Kartka... może po prostu któregoś dnia miałam ją zostawić, ale mama zdążyła wstać, więc nie było sensu jej kończyć? I może byłam roztargniona i zamiast do kosza wrzuciłam ją do torebki? Tak, to musi być to. No ale pozostaje jeszcze kwestia krzyku... czy to możliwe, że się przesłyszałam? W końcu ktoś jeszcze by to usłyszał... Tak, musiałam się przesłyszeć.
Otworzyłam oczy i podniosłam się z ziemi. Postanowiłam pospacerować. Ruszyłam przed siebie nie myśląc o niczym.
Kiedy w końcu stwierdziłam, że już czas wracać dochodziła druga. Czyli na obiad się spóźnię. Westchnęłam. Niby napisałam, że mogę się spóźnić, ale... Chyba czas pobiegać. Zamknęłam na chwilę oczy, a po chwili je otworzyłam jednocześnie ruszając. Jestem najszybsza w klasie, chyba nawet w szkole, więc powinnam się wyrobić z powrotem w jakieś... chwila, ile ja łaziłam? No nic zobaczymy kiedy dobiegnę.
Pół godziny później byłam już bardzo blisko domu. Uśmiechnęłam się. Moja kondycja jest w świetnym stanie. Prawie się nie zmęczyłam.
Kiedy weszłam do domu wszyscy siedzieli w salonie, a ich oczy były skierowane we mnie.
- Mówiłem, że wróci. Ona cały czas chodzi na spacery - powiedział tata uśmiechając się do mnie.
- Ale napisała, że wróci na obiad... - Rose najwyraźniej się martwiła.
- Dopisek z tyłu kartki... mówiłam ci przecież... - mama również się uśmiechnęła, tyle, że do Rosalie.
- Przepraszam, ale straciłam poczucie czasu - powiedziałam uśmiechając się przepraszająco.
- Dobrze, że nie czekaliśmy z obiadem, bo bym tu padł z głodu - powiedział tata próbując brzmieć poważnie.
- Mogłam nalegać, żebyśmy poczekali - stwierdziła Rose najpoważniej w świecie.
- Natalie, pewnie jesteś głodna. Chodź do kuchni to coś ci przygotuję - powiedziałam Esme kończąc kłótnie taty i Rose nim ta się jeszcze zaczęła.
Esme odgrzała mi obiad, a kiedy zjadłam zadzwonił mój telefon. Tak jak się spodziewałam dzwoniła Eva. Poszłam do swojego pokoju i opowiedziałam jej o wszystkim co robiłam, po raz kolejny przeprosiłam, za niezrobienie zdjęć. Wymusiła na mnie obietnicę, że najpóźniej kolejnego dnia jej zrobię i wyślę. Nie widziałyśmy się kilka dni, a już było tyle do opowiadania. Rozmawiać skończyłyśmy, kiedy ją na kolacje mama zawołała. Uśmiechnęłam się. Nigdy nie lubiłam dużo gadać przez telefon. Jeśli chciałam pogadać z Evą wysyłam jej SMSa lub dzwoniłam, że zaraz wpadnę. Wyjątkami były wakacje, ferie i święta, kiedy jedna z nas, lub obie wyjeżdżałyśmy gdzieś.
Przed zejściem na dół, na kolację, weszłam do łazienki. Gdy myłam ręce, w lustrze zobaczyłam twarz. Właściwie, to ta twarz tylko mi mignęła, a kiedy odwróciłam się, nikogo za mną nie było. Zamknęłam na chwilę oczy. Pomyślałam, ze zaczynam mieć zwidy. Wyszłam z łazienki i zeszłam na dół. Byli tam już wszyscy... czy oni zjedli już kolację? No co to jest? Jeszcze ani razu nie zjadłam z nimi posiłku.
- Nat! Czy ty masz zamiar choć raz nie spóźnić się na jedzonko? - zapytał uśmiechnięty Emmet
- Na śniadanie przyszłam wcześniej.
- Ta... na śniadania to my się spóźniamy - Emm zrobił smutną minkę... ja tam chyba czegoś w nim nie łapię... OK, ja go całego nie łapię.
Kiedy zjadłam już kolację wróciłam do swojego pokoju. Byłam strasznie zmęczona, więc szybko położyłam się spać.
Biegłam. Uciekałam. Widziałam drzewa... czyżbym była w lesie? Zaczyna brakować sił. Nagle wbiegłam na polankę. W lesie było ciemno, a na polance oślepiało mnie słońce. Musiałam przymknąć oczy. W pewnej chwili usłyszałam czyjś głos.
- Natalie Black?
- Tak? - odwróciłam się i zobaczyłam chłopca. Musiał być ode mnie trochę młodszy, ale był bardzo ładny... tak ładny. Nie przystojny, jeszcze nie. Jego twarz wydawała mi się znajoma... No tak! Śnił mi się już. No i jego skóra. Świeciła się!
- Jane! Ona jest tutaj! - krzyknął, a sekundę później pojawiła się obok niego dziewczyna. Jej skóra również się świeciła. Musiał być w jego wieku i była bardzo podobna... może siostra?
- Kim wy jesteście? - zapytałam, mimo, ze odpowiedź nagle wydała mi się oczywista. Kolor oczu, blada, świecąca się na słońcu skóra, szybkość... pewnie gdybym ich dotknęła poczułabym ich zimno.
- No przecież wiesz. - Dziewczyna uśmiechnęła się ukazując idealnie białe zęby i... kły? Teraz już byłam pewna.
- Jesteście wampirami - powiedziałam to z takim spokojem w głosie, że aż sama się zaskoczyłam.
- Tak, a ty jesteś córką pół-wampira i zmiennokształtnego. Takiej mieszanki wybuchowej to jeszcze nie było - powiedziała Jane z uśmiechem. Otwierała usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, kiedy poczułam ciepłą dłoń na policzku.
Otworzyłam oczy. Nad moim łóżkiem stał tata uśmiechając się wesoło.
- Wiesz, że jest już dziesiąta? - zapytał z uśmiechem
- Że niby która?!
- Dziesiąta.
- Ehh... ale mi się chce jeszcze spać...
- No to śpij. Tylko się nie zdziw jeśli zaraz do ciebie wpadnie Emmet z wiadrem zimnej wody...
- Już wstaję!!! - Emmet i wiadro wody nie wydają mi się dobrym połączeniem. Ale bardzo realnym. Szybko zerwałam się z łóżka, wzięłam czyste ubrania i poszłam do łazienki. Pół godziny później schodziłam na dół. W salonie nikogo nie było, więc poszłam do kuchni zrobić sobie kanapkę.
Gdy już zjadłam wróciłam do salonu. Przed telewizorem jak gdyby nigdy nic siedział Emmet i oglądał...
- Teletubisie?!
- Tak, dawno się zaczęły, ale jeszcze zdążysz obejrzeć końcówkę! - powiedział uśmiechnięty.
- Hmm... ja chyba podziękuję. A tak właściwie, to gdzie są wszyscy?
- Rose i Al są w pokoju... chyba ustalają, kiedy pójdą na zakupy, Bella, Ed i Nessie chyba poszli na spacer, Jake... nie mam pojęcia gdzie polazł. Jasper i Esme są na po... poszli do szkoły. Muszą coś załatwić. - postanowiłam udawać, że nie zauważyłam tego zająknięcia. Tylko co on chciał wtedy powiedzieć? - Powinni niedługo wrócić.
- Aha... to ja pójdę do siebie. Może Eva wysłała mi jakieś zdjęcia. Znowu.
- A może... - Emmet odwrócił wzrok od teletubisiów - porobimy ci jakieś zdjęcia? Twoja przyjaciółka pewnie już na nie czeka.
- W sumie racja. To co idziemy?
- Tak, tylko Teletubisie się skończą.
Westchnęłam. Lubię Emma, ale on czasem zachowuje się jak pięcioletnie dziecko. Usiadłam obok niego i poczekałam, aż ta jego bajka się skończy.
Piętnaście minut później byliśmy już w lesie. Emmet robił zdjęcia mi i wszystkiemu, co nie uciekło. Kiedy w końcu skończył, zabrałam mu aparat i pstryknęłam mu fotkę. Następnie poszłam do domu i przerzuciłam zdjęcia na laptopa. Wi-fi działało więc od razu wysłałam zdjęcia Evie. Będzie miała co oglądać. Uśmiechnęłam się do siebie i jeszcze raz przejrzałam wszystkie zdjęcia. Zatrzymałam się dopiero na ostatnim. Na zdjęciu Emmeta. Skóra na jego lewej dłoni... świeciła się. Tak jak w moim śnie! Przyjrzałam się dokładniej. To było widać bardzo delikatnie, praktycznie wcale. Ale jednak, ja to widziałam. Może to usterka aparatu? Ale w takim razie dlaczego na pozostałych zdjęciach nic się nie świeci? A może po prostu nie zwróciłam na to uwagi? Miałam cofnąć do poprzedniego zdjęcia, ale usłyszałam głos taty. Najwyraźniej mnie wołał. Westchnęłam i wstałam od komputerka. Kilka sekund później byłam już w salonie. Siedzieli tam już wszyscy. Zdziwiłam się trochę, ale w końcu dochodziła pora obiadu. Może po prostu czekają aż będzie gotowe? No, ale wtedy ktoś byłby w kuchni...
- Siądź, Natalie. Musimy porozmawiać - powiedziała spokojnie Esme. Zdziwiłam się trochę, ale posłusznie usiadłam.
- Twoi rodzice opowiedzieli nam o twoich snach... - zaczął Carlisle - I widzisz...
niedziela, 10 listopada 2013
Rozdział 9 + przeprosiny
Hej! Chyba zacznę od przeprosin. Ostatni rozdział pojawił się prawie dwa miesiące temu! A więc przepraszam, że nic nie wstawiałam. Obiecuję, że nadrobię zaległości i napiszę dwa DŁUGIE rozdziały. Będą one praktycznie podwójne. Mam nadzieję, że to wam wynagrodzi moją nieobecność.
A rozdział dedykuję Krulicy. W końcu, gdyby nie ona nie zorientowałabym się, jak długo mnie tu nie było.
Rozdział 9
Wzięłam głęboki oddech. Może się pomyliłam. Może ona jest tylko podobna. Może mam zwidy. Może po prostu jestem zmęczona po podróży. Może...
- Natalie? W porządku? - odezwała się mama przyglądając mi się uważnie.
- Tak - powiedziałam niepewnie. - Po prostu jestem trochę zmęczona po podróży...
- Hmm... no dobrze - mama nie wydawała się przekonana, ale najwyraźniej postanowiła nie drążyć tematu. - Przedstawię cię wszystkim. Więc to jest Carlisle - tata uśmiechnął się i wskazał dłonią na ok. trzydziestoletniego mężczyznę, z jasnymi włosami. - a to jego żona - Esme - kobieta była chyba mniej więcej w wieku męża. Miała ciemne włosy i miły uśmiech. - To jest Rosalie, jest dziewczyną Emma - uśmiechnęła się do mnie piękna blondynka. Musiałam przyznać, że pewnie niejedna modelka czy aktorka miałaby jej czego zazdrościć. - Tutaj są Alice i Jasper. Też są parą - mama wskazała na tę dziewczynę, która tak bardzo przypominała mi tą ze snu. Przytulała się do wyższego od niej blondyna. Był umięśniony, ale nie tak jak Emmet. Chociaż w sumie, przy Emmecie to chyba każdy wygląda jak chucherko. - No i Isabela, woli jak na nią mówić Bella, i Edward. Jak się pewnie domyślasz też są parą - chłopak był całkiem niezły, chociaż przy reszcie... nic nadzwyczajnego. Ale włosy miał w fajnym odcieniu rudego. Moje są podobne, a mamy takie same. Chwila! Czy on się skrzywił, kiedy pomyślałam o jego włosach? Chyba na serio muszę odpocząć. Ale najpierw zerknę jeszcze na dziewczynę siedząco obok niego. Znaczy wcześniej siedziała, a potem podbiegła do mamy i ją mocno przytuliła. Spojrzałam na nią i oniemiałam. Mama była tak do niej podobna! Zerknęłam jeszcze raz na tego... wyleciało mi z głowy imię. Tego rudego. Nie możliwe...
- Natalie? Dobrze się czujesz? - tata zadał to pytanie zmartwionym tonem uważnie się we mnie wpatrując.
- Tak, tak. Po prostu...
- Ja i Bella jesteśmy bardzo podobni do twojej mamy? - domyślił się rudy... kurczę jak on miał na imię?!
Kiwnęłam głową, a Bella uśmiechnęła się.
- I ja i Edward jesteśmy z nią spokrewnieni. Ja od strony jej mamy, a on od ojca. Ale nas więzy krwi nie łączą - Kiedy Isabella powiedziała ostatnie zdanie tata prychnął cicho, a pozostali się uśmiechnęli. O co im chodzi?
- Na pewno jesteście głodni - odezwała się nagle Esme... właściwie to jak mam się do niej zwracać. Tata mówił do nich po imieniu, ale...
- Super! Kocham twoją kuchnię! - tata wyszczerzył się jak małe dziecko.
- Ty kochasz wszystko, co się wiąże z jedzeniem - Alice uśmiechnęła się szeroko, a Rosalie... od początku unikała patrzenia na tatę. Mama tylko pokręciła głową z politowaniem.
- Zrobiłam naleśniki. Są jeszcze ciepłe. Idziecie?
- Jasne... - mama wyraźnie się nad czymś zastanawiała, a potem zapytała z uśmiechem - Mamo, a ile ich zrobiłaś? Wiesz, że jak Jake się dorwie...
- Spokojnie, wystarczy. - Kobieta uśmiechnęła się szeroko, a następnie spojrzała na drzwi, w których kilka sekund wcześniej zniknął tata... - W razie czego dorobię. Emmet, możesz przynieść ich walizki?
- Jasne. Jak są naleśniki, to Emmeta nie ma, ale jak trzeba coś przynieść, to się nagle pojawia. - gdyby to zdanie zostało wypowiedziane jakimś w miarę smutnym, albo chociaż spokojnym tonem, to... no cóż na pewno nikt nie tarzałby się ze śmiechu. Ale, no cóż, Emmet pod koniec sam wybuchł śmiechem.
Kilka minut później po naleśnikach nie został żaden ślad. Tylko tata co jakiś czas wysyłał tęskne spojrzenie w kierunku pustego talerza.
- Zrobić jeszcze kilka naleśników? - zaproponowała Esme
- Tak - powiedział bez oporów tata uśmiechając się szeroko. Mama znów pokręciła głową.
Nagle do kuchni wpadła Alice.
- Nat, zjadłaś już? - zapytała, a potem, nie czekając na odpowiedź dodała - To chodź, pokarzę ci twój pokój.
Alice zaciągnęła mnie na górę i otworzyła trzecie drzwi po prawej. Rozejrzałam się. Pokój miał błękitne ściany, a na podłodze leżał gruby ciemny dywan. Pod dużym oknem stało jednoosobowe łóżko, a pościel była fioletowa. Obok łóżka stało drewniane, dość małe biurko, na którym leżał laptop, a przy nim stało, również drewniane, krzesło. Jedną ścianę zajmował regał. Dwudrzwiowa szafa stała w rogu, tuż przy drzwiach, a na kilku półeczkach poukładane były książki. Oprócz szafy, w skład regału wchodziły jeszcze cztery szafki i dwie szuflady. Wszystkie były puste.
- Emm zaraz przyniesie twoje walizki. Będziesz mogła się rozpakować.
Dosłownie sekundę po tym, jak Al wypowiedziała ostatnie zdanie do pokoju wparował Emmet z moją walizką, torbą i torebką. Do tej pory się zastanawiam, jakim cudem zmieściłam tam wszystko. Oboje zostali w pokoju jeszcze przez chwilę, a potem stwierdzili, że dadzą mi się rozpakować. Siadłam na łóżku i zamknęłam oczy. Cały czas po głowie chodził mi obraz dziewczyny z mojego snu. W pierwszej chwili byłam pewna, że ona i Alice są identyczne, ale z każdą chwilą coraz bardziej w to wątpiłam. Dziewczyna ze snu miała złote, miodowe oczy, a Alice ma czarne. Dziewczyna ze snu zachowywała się całkiem inaczej, jej głos był odrobinę inny, taki trochę nieobecny... Sięgnęłam do torebki po telefon i słuchawki. Po kilku sekundach usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki.
Pół godziny później ze złością przeszukiwałam torebkę. Nie mogłam znaleźć ładowarki. W końcu się poddałam i postanowiłam wreszcie się rozpakować. Zaczęłam od walizki. Poukładałam wszystkie ubrania i postawiłam walizkę w kąt pokoju. Potem zabrałam się za torbę. Wyjęłam kosmetyczkę, szczoteczkę do zębów, pastę i kilka innych rzeczy. Spojrzałam na torbę, po czym wrzuciłam ją do szafy. Stwierdziłam, ze może kiedyś tam mi się przyda. No i została torebka. Podeszłam do krzesła, na którym rzeczona torebka leżała i zajrzałam do środka. Wyjmowałam po kolei wszystko co mi wpadło w ręce. A ładowarki ani widu, ani słychu. Westchnęłam. No cóż, może chociaż mama nie zapomniała ładowarki. Mamy taki sam model telefonu, więc nie ma tragedii. Miałam wyjść z pokoju, kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na walizce. No cóż, nie będzie stała od tak w kącie. Spróbowałam wcisnąć ją do szafy, ale cóż, nie udało się. W końcu poddałam się i wepchnęłam pod łóżko. Gdy wyszłam na korytarz uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, który pokój jest rodziców. Stwierdziłam jednak, że oni pewnie już dawno się rozpakowali i są na dole w salonie. Powoli zeszłam na dół. Tak jak myślałam rodzice siedzieli w salonie razem z Rose, Alice, Esme i Bellą. Tata mówił coś, ale tak cicho, że usłyszałam coś, dopiero jak podeszłam blisko.
-... na to druga; no coś ty głupia! Polecimy w nocy!
Przewróciłam oczami. Tata i te jego żarty, teraz lecą te o blondynkach.
- Mamo, pożyczysz ładowarkę do telefonu? - zapytałam
- Zapomniałaś swojej? - mama uśmiechnęła się. - Chodź na górę, zaraz poszukam swojej.
Razem z mamą poszłyśmy na górę. Jej pokój był naprzeciwko mojego. Kiedy tam weszłam, okazało się, że tamten pokój był bardzo podobny do mojego. Ściany były błękitne, na podłodze leżał dywan, odrobinę jaśniejszy od tego w moim pokoju. Łóżko było dwuosobowe, a pościel była zielona. Biurko, również drewniane, podobnej wielkości, ale na nim stał laptop mamy. Drewniany regał był większy od mojego, i o ton ciemniejszy. Ubrania i rzeczy mamy były poukładane, a taty... niektóre też. Pewnie te do których dorwała się mama. Reszta była zwinięta w kłębek i wrzucona do szafki.
Mama podeszła do biurka i z szuflady wyciągnęła ładowarkę. Kilka sekund później telefon był już podłączony.
Po chwili zastanowienia zadzwoniłam do Evy. Obiecałam do niej zadzwonić, jak tylko dojadę. Położyłam się na łóżku i wybrałam jej numer. Nie gadałyśmy długo. Eva miała randkę z Ivanem, a ja byłam już strasznie zmęczona. Opowiedziałam jej tylko o Cullenach, o ich domu i kilka innych rzeczy. A ona powiedziała gdzie Ivan ją zabrał. Kiedy w końcu się rozłączyłam postanowiłam wziąć prysznic i położyć się spać. Co prawda nie jadłam kolacji, ale nie byłam ani trochę głodna.
Dwadzieścia minut później leżałam w łóżku. Rzadko kiedy udaje mi się usnąć tak wcześnie, ale ten dzień był najwyraźniej odstępstwem od reguły. Praktycznie od razu usnęłam.
Kiedy obudziłam się, zobaczyłam, że słońce dopiero wstaje. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, był sen. Dzisiaj się nie pojawił. Nie narzekałam. Poleżałam w łóżku jakieś pięć minut a potem postanowiłam wstać. Wzięłam ubrania i poszłam wziąć prysznic. Zapowiadało się, że będzie chłodno, więc założyłam czarne dżinsy, czerwoną bluzkę z długim rękawem, a na to bluzę. Kilka minut później zeszłam na dół. Byłam pewna, że wszyscy jeszcze śpią, a że byłam bardzo głodna postanowiłam sobie zrobić śniadanie. Weszłam do kuchni i już miałam otworzyć lodówkę, kiedy do kuchni weszła Bella.
- O! Już wstałaś? Jesteś głodna? - zapytała, po czym, nie czekając na odpowiedź, wyjęła z lodówki jajka i zaczęła robić jajecznicę. Kiedy jajecznica była gotowa Bella wyjęła talerz i włożyła mi.
- A ty nie jesz? - zdziwiłam się
- Nie, nie jem tak rano. A ty nie jadłaś wczoraj kolacji.
- Tak, byłam zmęczona.
Bella uśmiechnęła się do mnie, a po chwili wyszła z kuchni. Kiedy zjadłam, umyłam talerz i wróciłam do swojego pokoju. Przejrzałam książki, które miałam na półce, ale żadna nie wydała mi się zbyt ciekawa. Poszłabym na spacer, ale nie znam okolicy. Więc pozostało mi jedynie siedzieć w pokoju i się nudzić, dopóki ktoś nie wstanie.
Pół godziny później usłyszałam na korytarzu jakiś szelest. Ktoś wychodził z łazienki. Wyszłam na korytarz i Zobaczyłam Emmeta.
- Hej, Emm!
- O Nat! Już wstałaś?
- Jak widzisz. Ej, mam pytanko. Czy jak zjesz śniadanie, to pokarzesz mi okolice?
- Hmm... tak właściwie to już jadłem. Jak chcesz, to możemy już iść.
Kiwnęłam tylko głową i weszłam do pokoju. Zamieniłam bluzę na cieplejszą i włożyłam adidasy. Minutę później stałam w salonie. Chwilę później dołączył do mnie Emmet. Z uśmiechem otworzył drzwi i wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było rześkie i chłodne, ale miało cudowny zapach. Emmet okazał się wspaniałym przewodnikiem. Chodziliśmy po lesie kilka godzin, a on pokazywał mi polanki, stawy, ciekawie wyglądające drzewa. Kiedy wracaliśmy do domu byłam zmęczona i zdyszana, a po nim nie było nic widać.
- Emm... zróbmy przerwę. Nie mam już siły iść.
- No to wskakuj na barana - powiedział najzupełniej poważnie. Przyjrzałam się mu, a potem wstałam i wskoczyłam mu na plecy.
- No, tak to możemy iść - stwierdziłam uśmiechnięta. Piętnaście minut później byliśmy na miejscu. Esme zaparzyła mi herbaty, a mama pytała, co Emm mi pokazał. Kiedy w końcu udało mi się jej wszystko opowiedzieć, zadzwonił mój telefon. Wyszłam do kuchni odebrać. Dzwonił nie kto inny jak Eva. Udało jej się w końcu zwlec z łóżka po wczorajszej dyskotece. Zapytała co ciekawego robiłam, po czym opowiedziała dokładnie przebieg dyskoteki. Głównie wyglądało to tak: taniec, picie soku, czy coli (nie było alkoholu) i gadanie, taniec, kilka pocałunków, taniec, picie soku i gadanie, taniec... No ale przecież musiałam się dowiedzieć wszystkiego ze szczegółami. Powiem szczerze, że nawet lubię słuchać, kiedy ona mówi o czymś z takim przejęciem. Kiedy w końcu skończyłyśmy gadać, Edward przyszedł robić obiad. Ale jak się okazało tylko mi, bo praktycznie wszyscy jedli wcześniej, a Emm wychodzi z Rose.
Trzeba przyznać, że rudy świetnie gotuje. Hmm... znowu się skrzywił. Kurczę, co on ma. No nie ważne. Kiedy kończyłam usłyszałam dzwonek do drzwi. Okazało się, że przyszedł jakiś przyjaciel rodziny. Szybko dokończyłam obiad i ruszyłam do salonu. Przywitałam się z mężczyzną. Wyglądał na ok. trzydzieści lat. Czyli pewnie był w wieku Carlisla. Mama mi go przedstawiła. Miał na imię Eleazar. Hmm... mam wrażenie, że już kiedyś słyszałam to imię...
Eleazar został godzinę, a potem musiał wyjść. Rodzice zaproponowali spacer. A, że ja to ja, nie mogłam odmówić. Zawsze chętnie chodzę na spacery.
Postanowiłam pokazać im miejsca, które zobaczyłam z Emmetem. Do domu wróciliśmy na kolację. A raczej się na nią spóźniliśmy. Wszyscy już zjedli. Na szczęście Esme zrobiła nam naleśniki.
Po kolacji poszłam do swojego pokoju i włączyłam laptop. Nie było potrzebne żadne hasło, a internet działał. Uśmiechnęłam się do siebie i weszłam na pocztę. Tak jak się spodziewałam, okazało się, że mam dziesięć wiadomości od Evy. Głównie wysłała mi zdjęcia swoje z Ivanem z dyskoteki. Prosiła też, żebym wysłała jej swoje zdjęcia. Odpisałam, że jeszcze żadnych nie robiłam, ale na pewno to nadrobię i jej wyślę. Potem poszukałam jakiegoś filmu. Zachęcił mnie tytuł ,,Jeździec bez głowy". To był horror, a ja takie lubię. Niestety już po kilku minutach zorientowałam się jaki to jest kicz. No bo, od kiedy, jeśli odrąbie się komuś głowę, krew tryska dziesięć metrów w górę? Ze zrezygnowaniem wyłączyłam film i zgasiłam komputer. Byłam zmęczona, więc postanowiłam się przygotować do snu.
Kolejnego wieczoru usnęłam niespotykanie szybko. Może to zmiana klimatu? No nieważne. Grunt, żebym nie miała koszmaru...
Ehh... miał wyjść dłuższy... w takim razie będą jeszcze dwa rozdziały. Jeden postaram się napisać już jutro, ale właśnie sobie przypomniałam o sprawdzianie z angielskiego i chemii, więc pewności nie mam. Jakby co, to kolejny rozdział pojawi się najpóźniej w najbliższą sobotę.
A rozdział dedykuję Krulicy. W końcu, gdyby nie ona nie zorientowałabym się, jak długo mnie tu nie było.
Rozdział 9
Wzięłam głęboki oddech. Może się pomyliłam. Może ona jest tylko podobna. Może mam zwidy. Może po prostu jestem zmęczona po podróży. Może...
- Natalie? W porządku? - odezwała się mama przyglądając mi się uważnie.
- Tak - powiedziałam niepewnie. - Po prostu jestem trochę zmęczona po podróży...
- Hmm... no dobrze - mama nie wydawała się przekonana, ale najwyraźniej postanowiła nie drążyć tematu. - Przedstawię cię wszystkim. Więc to jest Carlisle - tata uśmiechnął się i wskazał dłonią na ok. trzydziestoletniego mężczyznę, z jasnymi włosami. - a to jego żona - Esme - kobieta była chyba mniej więcej w wieku męża. Miała ciemne włosy i miły uśmiech. - To jest Rosalie, jest dziewczyną Emma - uśmiechnęła się do mnie piękna blondynka. Musiałam przyznać, że pewnie niejedna modelka czy aktorka miałaby jej czego zazdrościć. - Tutaj są Alice i Jasper. Też są parą - mama wskazała na tę dziewczynę, która tak bardzo przypominała mi tą ze snu. Przytulała się do wyższego od niej blondyna. Był umięśniony, ale nie tak jak Emmet. Chociaż w sumie, przy Emmecie to chyba każdy wygląda jak chucherko. - No i Isabela, woli jak na nią mówić Bella, i Edward. Jak się pewnie domyślasz też są parą - chłopak był całkiem niezły, chociaż przy reszcie... nic nadzwyczajnego. Ale włosy miał w fajnym odcieniu rudego. Moje są podobne, a mamy takie same. Chwila! Czy on się skrzywił, kiedy pomyślałam o jego włosach? Chyba na serio muszę odpocząć. Ale najpierw zerknę jeszcze na dziewczynę siedząco obok niego. Znaczy wcześniej siedziała, a potem podbiegła do mamy i ją mocno przytuliła. Spojrzałam na nią i oniemiałam. Mama była tak do niej podobna! Zerknęłam jeszcze raz na tego... wyleciało mi z głowy imię. Tego rudego. Nie możliwe...
- Natalie? Dobrze się czujesz? - tata zadał to pytanie zmartwionym tonem uważnie się we mnie wpatrując.
- Tak, tak. Po prostu...
- Ja i Bella jesteśmy bardzo podobni do twojej mamy? - domyślił się rudy... kurczę jak on miał na imię?!
Kiwnęłam głową, a Bella uśmiechnęła się.
- I ja i Edward jesteśmy z nią spokrewnieni. Ja od strony jej mamy, a on od ojca. Ale nas więzy krwi nie łączą - Kiedy Isabella powiedziała ostatnie zdanie tata prychnął cicho, a pozostali się uśmiechnęli. O co im chodzi?
- Na pewno jesteście głodni - odezwała się nagle Esme... właściwie to jak mam się do niej zwracać. Tata mówił do nich po imieniu, ale...
- Super! Kocham twoją kuchnię! - tata wyszczerzył się jak małe dziecko.
- Ty kochasz wszystko, co się wiąże z jedzeniem - Alice uśmiechnęła się szeroko, a Rosalie... od początku unikała patrzenia na tatę. Mama tylko pokręciła głową z politowaniem.
- Zrobiłam naleśniki. Są jeszcze ciepłe. Idziecie?
- Jasne... - mama wyraźnie się nad czymś zastanawiała, a potem zapytała z uśmiechem - Mamo, a ile ich zrobiłaś? Wiesz, że jak Jake się dorwie...
- Spokojnie, wystarczy. - Kobieta uśmiechnęła się szeroko, a następnie spojrzała na drzwi, w których kilka sekund wcześniej zniknął tata... - W razie czego dorobię. Emmet, możesz przynieść ich walizki?
- Jasne. Jak są naleśniki, to Emmeta nie ma, ale jak trzeba coś przynieść, to się nagle pojawia. - gdyby to zdanie zostało wypowiedziane jakimś w miarę smutnym, albo chociaż spokojnym tonem, to... no cóż na pewno nikt nie tarzałby się ze śmiechu. Ale, no cóż, Emmet pod koniec sam wybuchł śmiechem.
Kilka minut później po naleśnikach nie został żaden ślad. Tylko tata co jakiś czas wysyłał tęskne spojrzenie w kierunku pustego talerza.
- Zrobić jeszcze kilka naleśników? - zaproponowała Esme
- Tak - powiedział bez oporów tata uśmiechając się szeroko. Mama znów pokręciła głową.
Nagle do kuchni wpadła Alice.
- Nat, zjadłaś już? - zapytała, a potem, nie czekając na odpowiedź dodała - To chodź, pokarzę ci twój pokój.
Alice zaciągnęła mnie na górę i otworzyła trzecie drzwi po prawej. Rozejrzałam się. Pokój miał błękitne ściany, a na podłodze leżał gruby ciemny dywan. Pod dużym oknem stało jednoosobowe łóżko, a pościel była fioletowa. Obok łóżka stało drewniane, dość małe biurko, na którym leżał laptop, a przy nim stało, również drewniane, krzesło. Jedną ścianę zajmował regał. Dwudrzwiowa szafa stała w rogu, tuż przy drzwiach, a na kilku półeczkach poukładane były książki. Oprócz szafy, w skład regału wchodziły jeszcze cztery szafki i dwie szuflady. Wszystkie były puste.
- Emm zaraz przyniesie twoje walizki. Będziesz mogła się rozpakować.
Dosłownie sekundę po tym, jak Al wypowiedziała ostatnie zdanie do pokoju wparował Emmet z moją walizką, torbą i torebką. Do tej pory się zastanawiam, jakim cudem zmieściłam tam wszystko. Oboje zostali w pokoju jeszcze przez chwilę, a potem stwierdzili, że dadzą mi się rozpakować. Siadłam na łóżku i zamknęłam oczy. Cały czas po głowie chodził mi obraz dziewczyny z mojego snu. W pierwszej chwili byłam pewna, że ona i Alice są identyczne, ale z każdą chwilą coraz bardziej w to wątpiłam. Dziewczyna ze snu miała złote, miodowe oczy, a Alice ma czarne. Dziewczyna ze snu zachowywała się całkiem inaczej, jej głos był odrobinę inny, taki trochę nieobecny... Sięgnęłam do torebki po telefon i słuchawki. Po kilku sekundach usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki.
Pół godziny później ze złością przeszukiwałam torebkę. Nie mogłam znaleźć ładowarki. W końcu się poddałam i postanowiłam wreszcie się rozpakować. Zaczęłam od walizki. Poukładałam wszystkie ubrania i postawiłam walizkę w kąt pokoju. Potem zabrałam się za torbę. Wyjęłam kosmetyczkę, szczoteczkę do zębów, pastę i kilka innych rzeczy. Spojrzałam na torbę, po czym wrzuciłam ją do szafy. Stwierdziłam, ze może kiedyś tam mi się przyda. No i została torebka. Podeszłam do krzesła, na którym rzeczona torebka leżała i zajrzałam do środka. Wyjmowałam po kolei wszystko co mi wpadło w ręce. A ładowarki ani widu, ani słychu. Westchnęłam. No cóż, może chociaż mama nie zapomniała ładowarki. Mamy taki sam model telefonu, więc nie ma tragedii. Miałam wyjść z pokoju, kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na walizce. No cóż, nie będzie stała od tak w kącie. Spróbowałam wcisnąć ją do szafy, ale cóż, nie udało się. W końcu poddałam się i wepchnęłam pod łóżko. Gdy wyszłam na korytarz uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, który pokój jest rodziców. Stwierdziłam jednak, że oni pewnie już dawno się rozpakowali i są na dole w salonie. Powoli zeszłam na dół. Tak jak myślałam rodzice siedzieli w salonie razem z Rose, Alice, Esme i Bellą. Tata mówił coś, ale tak cicho, że usłyszałam coś, dopiero jak podeszłam blisko.
-... na to druga; no coś ty głupia! Polecimy w nocy!
Przewróciłam oczami. Tata i te jego żarty, teraz lecą te o blondynkach.
- Mamo, pożyczysz ładowarkę do telefonu? - zapytałam
- Zapomniałaś swojej? - mama uśmiechnęła się. - Chodź na górę, zaraz poszukam swojej.
Razem z mamą poszłyśmy na górę. Jej pokój był naprzeciwko mojego. Kiedy tam weszłam, okazało się, że tamten pokój był bardzo podobny do mojego. Ściany były błękitne, na podłodze leżał dywan, odrobinę jaśniejszy od tego w moim pokoju. Łóżko było dwuosobowe, a pościel była zielona. Biurko, również drewniane, podobnej wielkości, ale na nim stał laptop mamy. Drewniany regał był większy od mojego, i o ton ciemniejszy. Ubrania i rzeczy mamy były poukładane, a taty... niektóre też. Pewnie te do których dorwała się mama. Reszta była zwinięta w kłębek i wrzucona do szafki.
Mama podeszła do biurka i z szuflady wyciągnęła ładowarkę. Kilka sekund później telefon był już podłączony.
Po chwili zastanowienia zadzwoniłam do Evy. Obiecałam do niej zadzwonić, jak tylko dojadę. Położyłam się na łóżku i wybrałam jej numer. Nie gadałyśmy długo. Eva miała randkę z Ivanem, a ja byłam już strasznie zmęczona. Opowiedziałam jej tylko o Cullenach, o ich domu i kilka innych rzeczy. A ona powiedziała gdzie Ivan ją zabrał. Kiedy w końcu się rozłączyłam postanowiłam wziąć prysznic i położyć się spać. Co prawda nie jadłam kolacji, ale nie byłam ani trochę głodna.
Dwadzieścia minut później leżałam w łóżku. Rzadko kiedy udaje mi się usnąć tak wcześnie, ale ten dzień był najwyraźniej odstępstwem od reguły. Praktycznie od razu usnęłam.
Kiedy obudziłam się, zobaczyłam, że słońce dopiero wstaje. Pierwszą rzeczą o jakiej pomyślałam, był sen. Dzisiaj się nie pojawił. Nie narzekałam. Poleżałam w łóżku jakieś pięć minut a potem postanowiłam wstać. Wzięłam ubrania i poszłam wziąć prysznic. Zapowiadało się, że będzie chłodno, więc założyłam czarne dżinsy, czerwoną bluzkę z długim rękawem, a na to bluzę. Kilka minut później zeszłam na dół. Byłam pewna, że wszyscy jeszcze śpią, a że byłam bardzo głodna postanowiłam sobie zrobić śniadanie. Weszłam do kuchni i już miałam otworzyć lodówkę, kiedy do kuchni weszła Bella.
- O! Już wstałaś? Jesteś głodna? - zapytała, po czym, nie czekając na odpowiedź, wyjęła z lodówki jajka i zaczęła robić jajecznicę. Kiedy jajecznica była gotowa Bella wyjęła talerz i włożyła mi.
- A ty nie jesz? - zdziwiłam się
- Nie, nie jem tak rano. A ty nie jadłaś wczoraj kolacji.
- Tak, byłam zmęczona.
Bella uśmiechnęła się do mnie, a po chwili wyszła z kuchni. Kiedy zjadłam, umyłam talerz i wróciłam do swojego pokoju. Przejrzałam książki, które miałam na półce, ale żadna nie wydała mi się zbyt ciekawa. Poszłabym na spacer, ale nie znam okolicy. Więc pozostało mi jedynie siedzieć w pokoju i się nudzić, dopóki ktoś nie wstanie.
Pół godziny później usłyszałam na korytarzu jakiś szelest. Ktoś wychodził z łazienki. Wyszłam na korytarz i Zobaczyłam Emmeta.
- Hej, Emm!
- O Nat! Już wstałaś?
- Jak widzisz. Ej, mam pytanko. Czy jak zjesz śniadanie, to pokarzesz mi okolice?
- Hmm... tak właściwie to już jadłem. Jak chcesz, to możemy już iść.
Kiwnęłam tylko głową i weszłam do pokoju. Zamieniłam bluzę na cieplejszą i włożyłam adidasy. Minutę później stałam w salonie. Chwilę później dołączył do mnie Emmet. Z uśmiechem otworzył drzwi i wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było rześkie i chłodne, ale miało cudowny zapach. Emmet okazał się wspaniałym przewodnikiem. Chodziliśmy po lesie kilka godzin, a on pokazywał mi polanki, stawy, ciekawie wyglądające drzewa. Kiedy wracaliśmy do domu byłam zmęczona i zdyszana, a po nim nie było nic widać.
- Emm... zróbmy przerwę. Nie mam już siły iść.
- No to wskakuj na barana - powiedział najzupełniej poważnie. Przyjrzałam się mu, a potem wstałam i wskoczyłam mu na plecy.
- No, tak to możemy iść - stwierdziłam uśmiechnięta. Piętnaście minut później byliśmy na miejscu. Esme zaparzyła mi herbaty, a mama pytała, co Emm mi pokazał. Kiedy w końcu udało mi się jej wszystko opowiedzieć, zadzwonił mój telefon. Wyszłam do kuchni odebrać. Dzwonił nie kto inny jak Eva. Udało jej się w końcu zwlec z łóżka po wczorajszej dyskotece. Zapytała co ciekawego robiłam, po czym opowiedziała dokładnie przebieg dyskoteki. Głównie wyglądało to tak: taniec, picie soku, czy coli (nie było alkoholu) i gadanie, taniec, kilka pocałunków, taniec, picie soku i gadanie, taniec... No ale przecież musiałam się dowiedzieć wszystkiego ze szczegółami. Powiem szczerze, że nawet lubię słuchać, kiedy ona mówi o czymś z takim przejęciem. Kiedy w końcu skończyłyśmy gadać, Edward przyszedł robić obiad. Ale jak się okazało tylko mi, bo praktycznie wszyscy jedli wcześniej, a Emm wychodzi z Rose.
Trzeba przyznać, że rudy świetnie gotuje. Hmm... znowu się skrzywił. Kurczę, co on ma. No nie ważne. Kiedy kończyłam usłyszałam dzwonek do drzwi. Okazało się, że przyszedł jakiś przyjaciel rodziny. Szybko dokończyłam obiad i ruszyłam do salonu. Przywitałam się z mężczyzną. Wyglądał na ok. trzydzieści lat. Czyli pewnie był w wieku Carlisla. Mama mi go przedstawiła. Miał na imię Eleazar. Hmm... mam wrażenie, że już kiedyś słyszałam to imię...
Eleazar został godzinę, a potem musiał wyjść. Rodzice zaproponowali spacer. A, że ja to ja, nie mogłam odmówić. Zawsze chętnie chodzę na spacery.
Postanowiłam pokazać im miejsca, które zobaczyłam z Emmetem. Do domu wróciliśmy na kolację. A raczej się na nią spóźniliśmy. Wszyscy już zjedli. Na szczęście Esme zrobiła nam naleśniki.
Po kolacji poszłam do swojego pokoju i włączyłam laptop. Nie było potrzebne żadne hasło, a internet działał. Uśmiechnęłam się do siebie i weszłam na pocztę. Tak jak się spodziewałam, okazało się, że mam dziesięć wiadomości od Evy. Głównie wysłała mi zdjęcia swoje z Ivanem z dyskoteki. Prosiła też, żebym wysłała jej swoje zdjęcia. Odpisałam, że jeszcze żadnych nie robiłam, ale na pewno to nadrobię i jej wyślę. Potem poszukałam jakiegoś filmu. Zachęcił mnie tytuł ,,Jeździec bez głowy". To był horror, a ja takie lubię. Niestety już po kilku minutach zorientowałam się jaki to jest kicz. No bo, od kiedy, jeśli odrąbie się komuś głowę, krew tryska dziesięć metrów w górę? Ze zrezygnowaniem wyłączyłam film i zgasiłam komputer. Byłam zmęczona, więc postanowiłam się przygotować do snu.
Kolejnego wieczoru usnęłam niespotykanie szybko. Może to zmiana klimatu? No nieważne. Grunt, żebym nie miała koszmaru...
Ehh... miał wyjść dłuższy... w takim razie będą jeszcze dwa rozdziały. Jeden postaram się napisać już jutro, ale właśnie sobie przypomniałam o sprawdzianie z angielskiego i chemii, więc pewności nie mam. Jakby co, to kolejny rozdział pojawi się najpóźniej w najbliższą sobotę.
niedziela, 15 września 2013
Rozdział 8
Za dwadzieścia szósta poszłam do rodziców. Byli już gotowi, więc zadzwoniłam do Evy, że niedługo u niej będziemy. Kiedy tylko się rozłączyłam, zobaczyłam tatę.
-Gotowa? - uśmiechnął się.
-Tak - powiedziałam i również się uśmiechnęłam. Po kilku sekundach siedzieliśmy w samochodzie. Gdy podjechaliśmy pod dom Evy, zobaczyłam, że moja przyjaciółka właśnie wychodzi. Przyjrzałam się jej. Włożyła zwykłe dżinsy, niebieską bluzkę na ramiączkach a włosy zostawiła rozpuszczone. Zawsze dziwiłam się, jak ona może narzekać na swoje włosy; były takie gęste i długie, chociaż ona twierdziła, że wyglądają jak siano... no nie wiem, nie jestem znawcą w tej dziedzinie, ale kiedy na siano pada słońce, to nie wygląda jak miód... taki prawdziwy, świeży miód.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się do moich rodziców, a potem spojrzała na mnie.
- Co tak się patrzysz? - spytałam szeptem, kiedy Eva siadła już na miejscu.
- Tak sobie myślę, że tam będzie niejeden przystojny chłopak... - uśmiechnęła się.
- Nie - stwierdziłam nie czekając co powie dalej. Eva ciągle chciała mnie z kimś zeswatać... czasem mnie to wkurzało.
- Ehh... jeszcze żadnego nie widziałaś...
- No i? Nie mam zamiaru umawiać się z kimś z La Push... tata utrzymuje z nimi za dobre kontakty - powiedziałam to najciszej jak się dało, nie chciałam, żeby rodzice usłyszeli.
- Dobra, dobra, jak tam chcesz - stwierdziła i odwróciła się naburmuszona. Postanowiłam się tym nie przejmować.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że prawie wszystko jest już przygotowane. Nagle zobaczyłam dziadka. Zdziwiłam się trochę, no bo, co on będzie robił na ognisku? W pewnej chwili poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękę. Odwróciłam się i spojrzałam na Evę, która pokazywała mi jakiegoś chłopaka. Dopiero po chwili rozpoznałam w nim Ivana. Chłopak najwyraźniej nas zobaczył, bo skierował się w naszą stronę. Gdy podszedł bliżej mogłam mu się uważniej przyjrzeć. Trzeba przyznać, że Eva świetnie go opisała. Ivan miał jakieś... metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, intensywnie zielone oczy z brązowymi plamkami, jasne włosy i łagodne rysy twarzy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć, nareszcie jesteś! - powiedział i przytulił Evę... kurczę, jak on się na nią patrzył, jakby poza nią świata nie widział.
- Ivan, to Natalie, moja przyjaciółka. Natalie, to Ivan, mój chłopak, opowiadałam ci o nim.
- Tak, coś tam wspomniałaś - stwierdziłam z uśmiechem.
- Ivan! Weź dziewczyny i chodźcie już! - krzyknął jakiś chłopak.
- Jasne! - odkrzyknął Ivan i całą trójką ruszyliśmy w kierunku ogniska. Gdy doszliśmy okazało się, że jeszcze kogoś brakuje. Po kilku minutach dobiegł ok. szesnastoletni chłopak. Ubrany był w szorty i zielony t-shirt. Przyjrzałam się mu; był dość wysoki, miał ciemne włosy, brązowe oczy i miły uśmiech.
- Seth! Znowu się spóźniłeś... - odezwała się jakaś dziewczyna, spojrzałam w jej kierunku, ale na jej twarz padał cień, więc nie mogłam stwierdzić kto to.
- Sorry... musiałem biec kilka kilometrów na północ bo jakiś padalec pozabierał...
- Seth! - tym razem odezwał się mój tata. Chłopak spojrzał na niego, a potem na mnie. I wtedy zamarł. Wyglądał, jakby trafił go grom z jasnego nieba. Spojrzałam dyskretnie w górę, żeby się przekonać, czy na niebie nie powstały jakieś burzowe chmury. Okazało się jednak, że niebo jest równie czyste, jak kilka minut wcześniej. Chłopak - Seth nadal się na mnie gapił, tylko... tak jakoś dziwnie. Tak jak Ivan patrzył na Evę... chociaż nie, nie do końca tak. Nagle wszyscy zaczęli się śmiać... no z wyjątkiem Evy, mnie i tego chłopaka.
- Seth! Długo masz zamiar jeszcze się na nią gapić? - zapytał spokojnie mój tata, ale Seth nawet nie zareagował. Zaczęłam się dziwnie czuć, wszyscy wpatrywali się we mnie, jakby chcieli, żebym coś zrobiła. A mi zaschło w gardle, a nogi zaczęły drżeć. Myślałam, że się przewrócę, ale z opresji uratowała mnie ta dziewczyna, która wcześniej zwróciła Sethowi uwagę, że się spóźnił. Dziewczyna stanęła między mną a nim i spojrzała na chłopaka z dziwnym wyrazem twarzy. Po chwili jednak uśmiechnęła się i... uszczypnęła go. Tak po prostu. Chłopak aż podskoczył.
- Leah! - warknął. - Mogę wiedzieć co ci odbiło?
- Chciałam się upewnić, że nie zamieniłeś się w zombie. Tak stałeś i patrzyłeś na Natalie, jakbyś chciał ją zjeść...
- Zombie jedzą tylko mózgi, - powiedział, a potem dodał z uśmiechem - więc nie musisz się żadnego obawiać.
Przez chwilę myślałam, że dziewczyna - Leah go uderzy, bo, szczerze mówiąc, nie wyglądała na jakąś szczególnie... łagodną, ona jednak tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową.
- Seth... może usiądziesz - zaproponował jakiś chłopak uśmiechając się. Seth kiwnął głową i usiadł. Na ziemi. Tam gdzie stał. I wpatrywał się we mnie.
- Seth... może na ławce, są przygotowane i wygodne... - miałam wrażenie, że Ivan zaraz wybuchnie śmiechem. A Seth... no cóż, pokiwał głową, wstał i ruszył w kierunku ławek. W moim kierunku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tam miejsca były już pozajmowane. Nawet mucha by się nie wcisnęła. Usłyszałam, że tata zaczyna się śmiać, a po chwili wstał. Uśmiechnął się do mnie i poszedł siąść na inną ławkę. Mama po chwili zastanowienia zrobiła to samo. Seth uśmiechnął się szeroko i szybko zajął miejsce obok mnie. Wtedy ponownie wszyscy wybuchli śmiechem.
- Mogło być gorzej - pocieszyła mnie Eva.
- Niby jak? - zapytałam
- Hmm... mógł na przykład wziąć cię na ręce i skoczyć z urwiska - stwierdziła uśmiechając się. Nagle wyjaśniło się, dlaczego Eva przez tydzień leżała w domu z gorączką, i złamaną ręką.
- Skoczył z tobą z urwiska? - zapytałam nie bardzo w to wierząc.
- Tak. Wyobraź sobie jak się przestraszyłam. Nagle podbiega do mnie jakiś nieznajomy chłopak, bierze na ręce i skacze z urwiska...
- Żartujesz.
- Nie - odezwał się Ivan. - Naprawdę to zrobiłem. I gdyby się nie wyrywała, to nic by się jej nie stało... no może poza przeziębieniem.
Eva zaśmiała się, a potem zamilkła. Dziadek Billy zaczął opowiadać. Usłyszałam o zimnych ludziach, o mężczyznach zmieniających się w olbrzymie wilki, o jakimś wpojeniu i kilka innych. Trzeba przyznać, że potrafi opowiadać. Kiedy spojrzałam na pozostałych, po ich minach zorientowałam się, że nie słyszą tego po raz pierwszy. Nikt jednak się nie wygłupiał, nie przeszkadzał, nie ziewał. Jednak gdy dziadek skończył, kilku chłopaków prawie krzyknęło z radości, a po chwili wszyscy rzucili się na kiełbaski. Tylko ja i Eva siedziałyśmy nie wiedząc co robić.
Po jakiejś minucie kilka osób wróciło na swoje miejsce. Ivan i Seth byli jednymi z pierwszych. Obaj trzymali po dwa papierowe talerzyki i kilka... naście kiełbasek. Ivan podał jeden talerzyk Evie i położył na nim dwie kiełbaski. Seth podał jeden z talerzyków mnie i z pytającym wyrazem twarzy spojrzał na kiełbaski.
- Dwie - powiedziałam niepewnie.
- Daj jej trzy - uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
Chłopak uśmiechnął się i położył trzy kiełbaski. następnie dobrał się do swoich. Pokręciłam z uśmiechem głową i również sięgnęłam po kiełbaskę.
Po dwóch godzinach pojechaliśmy do domu. Było jeszcze dość wcześnie, ale ja byłam zmęczona. Poza tym musiałam przemyśleć dziwne zachowanie Setha. Dziadek Bill opowiadał o wpojeniu... hmm... gdyby to nie była legenda pomyślałabym, że Seth mnie sobie wpoił. Po chwili jednak odrzuciłam tę myśl.
- Idę spać - stwierdziłam, kiedy tylko weszliśmy do domu. Biegiem ruszyłam do swojego pokoju, szybko wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka.
Dzień wyjazdu nadszedł bardzo szybko. Wstaliśmy wcześniej, wzięliśmy potrzebne rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko. Spieszyliśmy się jak nie wiem co, a i tak zdążyliśmy w ostatniej chwili. W czasie lotu mama opowiedziała mi o Cullenach. Carlisle i Esme - jej rodzice adoptowali ją, kiedy byli jeszcze bardzo młodzi. Mama ma jeszcze szóstkę rodzeństwa - adopcyjnego. Mama jest z nich najstarsza.
Gdy dolecieliśmy na miejsce, tata poszedł po bagaże, a ja z mamą weszłyśmy do cukierni. Kiedy wyszliśmy podbiegł do nas ok. osiemnastoletni, ciemnowłosy chłopak i uściskał mamę.
- Ness! A jednak zostawiłaś Jake'a! Jazz idzie na zakupy z Al i Rose! - krzyczał wciąż obracając moja mamę.
- Em... nie wiem jak ci to powiedzieć, ale Jake też tu jest. Poszedł po bagaże - chłopakowi zrzedła mina, ale już po chwili ponownie się uśmiechnął.
- Czyli ja idę z nimi na zakupy. No cóż... może się jakoś wymigam. A kogo my tu mamy? - chłopak spojrzał na mnie.
- To Natalie, moja córka... mówi ci to coś?
- Nie poznałem cię - stwierdził, a po chwili wirowałam w powietrzu. Kurczę, jaki on zimny. - No, no, wyrosłaś Nat, nie ma co... ale nadal oglądasz teletubisie? - zapytała z... nadzieją?
- Eee... nie... nie oglądam...
- Szkoda - Em wydawał się autentycznie smutny.
- Emmet! - usłyszeliśmy głos mojego taty.
- Jake! Miło cię widzieć! - uśmiechnął się chłopak
- Gdybym cię widział, powiedziałbym to samo - stwierdził tata, a Emmet chyba załapał iluzję, bo zabrał kilka walizek. - Ehh... dzięki. Dziewczyny, co wy tam zabrałyście???
- Tylko niezbędne rzeczy - stwierdziła mama.
Emmet zaprowadził nas do samochodu, a następnie spróbował wcisnąć walizki do bagażnika. Ostatecznie mu się udało. Em zadowolony usiadł za kierownicą i pojechał... zostawiając nas na lotnisku.
- Wróci - stwierdziła mama. Miała rację, jakieś piętnaście minut później czerwony samochód ponownie pojawił się na parkingu.
- Sorry... - Emmet udawał zawstydzonego.
- No wiesz, zostawić tu mnie i moją córkę? - powiedziała groźnym tonem mama. - Ciekawe co powie na to Rose...
- Nie mówcie jej! - w oczach osiłka pojawił się strach, w tym momencie tata nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nagle coś zwróciło moją uwagę. Jego oczy stały się czarne, a przecież wyraźnie widziałam, że były miodowe...
- No dobrze... - stwierdziła dobrodusznie mama.
- No wiesz, chyba, że coś się komuś wymsknie - uśmiechnął się tata.
- Wtedy poprawimy jej humor mówiąc, że ciebie również zostawił - odpowiedziała mama, a po chwili wsiadła do samochodu. Po kilku sekundach byliśmy już w drodze.
Nigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, ale Emmet jechał tak szybko...
- To samochód Rose, tak? - zainteresował się nagle tata.
- Tak - Em podejrzliwie na niego spojrzał.
- A, powiedz mi, czy Rose lubi zapach wymiocin?
- Nie - chłopak nadal nie wiedział o co chodzi mojemu tacie.
- Aha. A czy wiesz, że Nat jest już zielona?
- Co?! - wykrzyknął chłopak i natychmiast zwolnił. Od razu poczułam się lepiej, a Em odetchnął z ulgą.
Pół godziny później byliśmy już na miejscu. Kiedy zobaczyłam dom, zaniemówiłam; był dokładnie taki sam, jak nasz w Forks. Tata uśmiechnął się, a po chwili wszyscy weszliśmy do środka. Zobaczyłam siedem osób, wszyscy się uśmiechali, a najbardziej dziewczyna o urodzie... chochlika... dziewczyna z mojego snu.
Rozdział miał być na poprzedni weekend, ale cóż, nie wyszło. Za to mam nadzieję, że ten się podoba.
środa, 4 września 2013
niedziela, 11 sierpnia 2013
Rozdział 7
Rozdział 7
[NATALIE]
Obudziłam się wyspana, szczęśliwa i pełna energii. Z uśmiechem zeszłam na śniadanie. Kiedy zobaczyłam, że mama dopiero zaczyna robić kanapki (a jej to się schodzi, chociaż wychodzą pyszne), postanowiłam pobiegać. Wbiegłam do swojego pokoju i przebrałam się w dres. Kilka sekund później byłam już na dworze. Wzięłam głęboki wdech i pobiegłam w kierunku lasu. Zawsze lubiłam biegać, czułam się wtedy wolna. Nogi same niosły mnie w moje ulubione miejsce. Przysiadłam na przewróconym drzewie i wpatrywałam się w płynącą wodę. Kiedyś szukałam źródła strumyku i muszę powiedzieć, ze go nie znalazłam.
-Może jeszcze raz spróbuję-nieświadomie powiedziałam to na głos. Wstałam i miałam iść, kiedy zaburczało mi w brzuchu.-No tak. Nie jadłam śniadania... a teraz jeszcze gadam sama ze sobą-westchnęłam.
Spojrzałam jeszcze raz na strumyk i pobiegłam w kierunku domu. Po drodze zastanawiałam się, czy w tym roku rodzice znowu zapiszą mnie na jakiś obóz. Tak właściwie, to chciałam spędzić wakacje z nimi. Może wydawać się to dziwne, bo większość osób w moim wieku, no cóż, chce spędzać wakacje z dala od rodziców. Ale ja zawsze byłam inna. Taty często nie było w domu, a mama całymi dniami przesiadywała w biurze. A często nad papierami siedziała jeszcze w domu. W końcu praca prawniczki nie jest łatwa, ale mamie odpowiada. Moje koleżanki kiedyś nie chciały uwierzyć, kiedy powiedziałam kim jest mama. Twierdziły, że bardziej im pasuje na modelkę lub projektantkę.
Kiedy stanęłam przed drzwiami zastanowiłam się, czy tata zjadł już wszystkie kanapki, czy kilka zostawił. Weszłam do środka i zobaczyłam, że talerz z wspomnianymi wyżej kanapkami znajduje się tuż przy mamie, czyli poza zasięgiem rąk taty... teoretycznie. Z uśmiechem podeszłam do stołu, wzięłam jedną kanapkę i pobiegłam na górę, do swojego pokoju. Po drodze udało mi się zjeść pół kanapki, a resztę dojadłam szukając ubrań. Kiedy miałam wszystko podszykowane poszłam do łazienki wziąć prysznic. Po kilku minutach zeszłam na dół ubrana w zieloną bluzkę na ramiączkach, czarno-niebieskie dżinsowe spodenki i conversy. Okazało się, że mama nadal broni moich kanapek, chociaż zostało ich znacznie mniej... chyba tacie w końcu udało się kilka podwędzić. Uśmiechnęłam się i wzięłam od mamy talerz. Po dziesięciu minutach kanapki były już tylko wspomnieniem.
-Mamo,-zaczęłam.-w tym roku pojedziemy razem na wakacje?
-Hmm... tak, moi rodzice nas zaprosili, a dawno u nich nie byliśmy-powiedziała.
-Dawno?-zaprotestował tata.-Ness, ona ich na oczy nie widziała... chociaż nie, widziała. Jak miała półtora roku to nas odwiedzili.
-Faktycznie. No to jedziemy do nich?-mama uśmiechnęła się.
-Skoro zaproszenie już mamy, a my się zgadzamy... pozostaje zapytać naszej córki co o tym sądzi.
-Mi pasuje.-stwierdziłam z wielkim uśmiechem (swoją drogą, ten uśmiech nie schodzi mi z twarzy od rana).
-No to trzeba zacząć się pakować... wyjeżdżamy za trzy dni, a jak was znam to choćbyście się pakowały dzień i noc, to i tak ostatecznie będziemy wracać z lotniska, bo zapomnicie o czymś ,,niezbędnym"-stwierdził tata, za co oberwał od mamy po głowie.
-Czyli wszystko już załatwione?-zapytałam ze zdziwieniem.
-Skąd-odparł tata.-Bilety na samolot jeszcze nie potwierdzone.
-A gdzie oni mieszkają?
-Na Alasce... spakuj cieplejsze rzeczy, bo tam jest chłodno-odpowiedziała mama.-Długie spodnie i kilka bluz.
-Jak długo tam będziemy?
-Hmm... jeszcze nie wiemy.-odpowiedział tata-Zależy kiedy twoja ciotka mnie wygoni... czy raczej wyrzuci przez okno i to zamknięte.
-Nie przesadzaj.-powiedziała mama, a potem dodała z uśmiechem-Otworzy okno.
Zaśmiałam się.
-Aż tak się kochacie?
-Nawet bardziej-odparł tata.
Pokręciłam głową i poszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam spod łóżka walizkę i zajrzałam do szafy. Po krótkim zastanowieniu wrzuciłam pięć bluz, cztery pary dżinsów, dwa dresy i oczywiście bieliznę. Stwierdziłam, że na razie wystarczy, a poza tym chciałam jeszcze pójść na jakieś zakupy, więc muszę mieć trochę miejsca. Nagle wpadłam na pewien pomysł i ponownie sięgnęłam pod łóżko w poszukiwaniu kosmetyczki. Normalnie powinnam mieć ją na szafce lub w niej, jednak wiedziałam, że mama nie chce, żebym się malowała. Właściwie nie robię tego często, tylko jak jest impreza, a to też zwykle ogranicza się do błyszczyka i cieni do powiek. Nie chodziło mi zresztą o kosmetyki. Miałam tam karteczkę z nazwą perfum, które bardzo mi się podobały, niestety ani w Seattle, ani tym bardziej w Forks nie sposób było je dostać. Pomyślałam więc, że poszukam ich kiedy pójdziemy na zakupy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że kosmetyczki nie ma w zasięgu mojej ręki, wiec praktycznie się tam wczołgałam. Moja ręka natrafiła na płaski, twardy i prostokątny przedmiot. Wyciągnęłam go i zobaczyłam mój pamiętnik. Otworzyłam na pierwszej lepszej stronie. Trafiłam na mój wpis sprzed dwóch, może trzech lat.
,,Drogi pamiętniczku!
Wczoraj hłopcy znowu nie pozwolili mi grać w piłkę. To niesprawiedliwe, jestem dobra, od niektórych nawet lepsza. Dzisiaj znuw chciałam z nimi zgrać, i byłam prawie pewna, że znowu stwierdzą że to ,,nie dla dziewczyn", ale oni się zgodzili. Powiedzieli, że to tylko dlatego, że drużyny są nieruwne. Powiedzieli, żebym grała na obronie, a mick powiedział ,,jak ktoś z przeciwnej drużyny będzie się zbliżał, to spróbuj kopnąć piłkę w tamtą stronę" i pokazał na bramkę przeciwników. W pierwszej chwili miałam ochotę go kopnąć, ale potem stwierdziłam że nie ma sensu się kłucić i stwierdziłam tylko, że wiem. W przeciwnej drurzynie grał Jack. On jest ze starszej klasy i często jeździ na zawody. Biegł z piłką na bramkę. Chłopcy krzyczeli, żeby go zostawiła i pozwoliła bramkarzowi obronić, albo raczej spróbować obronić, ale nie posłuchałam. Podbiegłam do niego i szybko okiwałam. Po chwili to ja miałam piłkę. Wiedziałam, że zaraz ktoś spróbuje mi ją odebrać wiec podałam do Alana. Wygraliśmy mecz, a Jack poszedł do mojego wychowawcy i powiedział, że powinnam jeździć na jakieś zawody! i że jestem naprawdę dobra."*
Uśmiechnęłam się czytając to. Moja wychowawczyni po tej akcji poszła do trenera starszych klas i powtórzyła co mówił Jack. Następnego dnia kiedy znowu grałam z chłopakami trener przyglądał mi się, a po lekcjach poprosił, żebym przyprowadziła rodziców. W pierwszej chwili pomyślałam, że może coś zrobiłam... Jeszcze raz spojrzałam a kartkę, ale teraz mój uśmiech znikł.
-Jakim cudem mogłam robić tyle błędów.-jęknęłam i przerzuciłam kilka kartek. Ze zdziwieniem odkryłam listę. Prawie nigdy ich nie robiłam, zwykle tylko opisywałam.
,,Zadania na kolejny rok:
-Odkryć, dlaczego moja skóra delikatnie błyszczy w słońcu.
-Dowiedzieć się, dlaczego jestem szybsza i zwinniejsza od większości osób w szkole, bo wątpię, żeby to był tylko efekt treningów.
-Dowiedzieć się, dlaczego prawie nigdy nie jest mi zimno.
-Dowiedzieć się, dlaczego nigdy nie choruję.
-Dowiedzieć się, dlaczego moje sny czasami się sprawdzają."
-Aaa... postanowienia noworoczne... lista zadań. Ale o co chodziło z tymi snami?? A tak, co mi się przyśnił sprawdzian z... czegoś tam. Przyśniły mi się pytania.-powiedziałam do siebie i uśmiechnęłam się. Nie udało mi się tego odkryć. Przeleciałam wzrokiem po tekście i z zadowoleniem odkryłam, że tym razem nie pojawiły się żadne błędy. Nagle przypomniałam sobie czego szukałam i ponownie wczołgałam się pod łóżko. Po chwili trzymałam w ręce kosmetyczkę. Karteczkę z nazwą perfum włożyłam do kieszeni walizki. Miałam wyjść z pokoju kiedy zadzwonił mój telefon. Zerknęłam na wyświetlacz i natychmiast odebrałam.
-Hej słonko!-usłyszałam wesoły głos Evy-mojej przyjaciółki.
-Hej gwiazdko!-odpowiedziałam.
-Dziś wieczorem jest ognisko w La Push i chciałam zapytać czy nie poszłabyś tam ze mną.
-A ty co będziesz tam robiła?
-Ivan mnie zaprosił, wiesz, że jest stamtąd.
-Eva, ja wiem o nim wszystko. Cały dzień opowiadałaś-powiedziałam.
-No właśnie. A więc pójdziesz?
-A ja ci tam po co?-udałam zdziwienie.
-Jak to po co? Oprócz niego nie znam tam nikogo, więc...
-Postanowiłaś, ze nie będziesz jedyną osobą która nie zna tam nikogo, tak?-zapytałam wyobrażając sobie jak w tej chwili z zapałem i wielkim uśmiechem kiwa głową.
-No weź... będą kiełbaski-to był argument poniżej pasa i ona dobrze o tym wiedziała.
-No dobra... o której to ognisko?
-O osiemnastej. Ivan po mnie... znaczy po nas przyjedzie. Pa
-Pa-powiedziałam i się rozłączyłam. Westchnęłam i z uśmiechem zeszłam na dół, do salonu. Rodzice siedzieli przed telewizorem i oglądali jakiś jakiś film... chyba Rambo...
-Dziś wieczorem idę na ognisko do La Push.-powiedziałam, a raczej krzyknęłam, bo tata jak zwykle ustawił głośność na maksa.
-Do La Push?
-Tak. Chłopak Evy, Ivan, ją zaprosił. A ona nie zna tam nikogo, więc poprosiła, żebym poszła z nią.
-Faktycznie, chwalił się, że przyprowadzi swoją dziewczynę na ognisko i wreszcie wszystkim przedstawi...-myślał na głos tata
-Eee... znasz go?
-No pewnie. Przecież jestem z La Push. Właściwie my też idziemy na to ognisko. Hmm... Ivan ma przyjechać po Evę, tak?-zapytał, a kiedy pokiwałam głową dodał-Zadzwoń do niej, że ją weźmiemy. Ivan będzie mógł pomóc chłopakom. Zadzwonię do niego i mu powiem.
-OK, to lecę.-powiedziałam z uśmiechem (on nie chce się ode mnie odczepić już od rana, ale nie narzekam).
*Wszelkie błędy zamierzone.
I jest rozdzialik, mam nadzieję, że się podoba.
sobota, 27 lipca 2013
Rozdział 6
[RENESMEE]
Kiedy Natalie skończyła opowiadać swój sen zamurowało mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam od razu iść opowiedzieć o wszystkim Jake'owi, ale nie chciałam zostawiać Nat samej. Natalie jednak chyba poczuła się lepiej, kiedy opowiedziała mi to i nie chciała, żebym z nią została. Kiedy tylko weszłam do swojej sypialni rozpłakałam się.
- Hej, Ness, co jest? - Jake przytulił mnie.
- Nat... miała sen... o Volturi. Rozumiesz?
- I?
- Powiedziała, że śniła jej się ich rozmowa... - w tamtej chwili nie wytrzymałam i rozpłakałam się jeszcze bardziej. Wiedziałam, że jeśli ona we śnie może zobaczyć Volturi, o których nic nigdy nie słyszała. I ona nie wie o tym kim jest... razem z Jake'm chcieliśmy, żeby miała normalne dzieciństwo... a jej się śniło, jak Volturi rozmawiają o moim pochodzeniu!!!
- Ness... spokojnie, nie płacz już. Będzie dobrze... - Jake przytulał mnie i szeptał mi do ucha coś co miało mnie pocieszyć. Nie wiem co, czy jego słowa, czy obecność przy mnie pomogły mi się uspokoić. Wzięłam głęboki oddech i opowiedziałam mu, co usłyszałam od naszej córki.
- Jeśli ona może widzieć w czasie snu co się gdzieś dzieje?! Musimy coś zrobić - zakończyłam, a po mojej twarzy znów zaczęły płynąć łzy. Volturi planowali zabić moją córeczkę, moją Natalie. Nie mogłam im na to pozwolić, ale w tamtej chwili czułam się bezsilna.
- Spokojnie... zadzwonimy do Carlisle'a, wyjaśnimy sytuację. On na pewno coś wymyśli.
- Dobrze... ja zadzwonię... - powiedziałam i drżącą ręką sięgnęłam po komórkę. Szybko wystukałam odpowiedni numer.
- Edward Cullen. Słucham - usłyszałam głos taty. Zerknęłam na wyświetlacz. Wpisałam numer Carlisle'a, więc dlaczego nie on odebrał?
- Hej tato - powiedziałam drżącym głosem.
- Cześć córciu. Coś się stało?
- Tak... Muszę porozmawiać z Carlisle'm.
- Jest na polowaniu...
- Kiedy wróci? - zapytałam.
- Nie wiem. Niedawno wyszedł. Przekazać mu coś?
- Ja... chodzi o Natalie... - mój głos się załamał. Jake delikatnie wyjął mi z dłoni komórkę.
- Edward? Natalie miała sen o Volturi. Jeśli była to jakaś wizja, to nie jest za dobrze.
- Jake, opowiedz ten sen - usłyszałam przytłumiony głos taty. Po chwili Jacob streścił całą rozmowę ze snu Nat.
- I co o tym myślisz? - zapytał, mimo że znał odpowiedź. Jedyne co tata mógł wtedy zrobić.
- Że powinniście nas odwiedzić. Carlisle'a ma odwiedzić Eleazar. Jeśli okaże się, że to był dar... no cóż, będziemy musieli zacząć coś planować. - Głos był jeszcze bardziej przytłumiony. Gdybym była człowiekiem, z pewnością nic bym nie usłyszała.
- Będziemy za... - Jake zastanowił się przez chwilę. - Cztery dni. Pasuje wam?
- Tak. Czekamy - powiedział jeszcze tata i się rozłączył.
- Będzie dobrze. Zobaczysz - powiedział cicho Jake.
- Jutro kup bilet na samolot. I jak będziesz się pakował, nie zabieraj za dużo rzeczy. Ja, Al i Rose zabierzemy cię na zakupy - powiedziałam, a Jacob uśmiechnął się, widząc, że się uspokoiłam. Świadomość, że niedługo będę przy rodzinie sprawiała, że zniknęło to uczucie bezsilności. Wiedziałam, że oni będą mnie wspierać. Spojrzałam na Jake'a. Jutro na pewno pojedzie do La Push. Opowie im o wszystkim. Dla Jake'a ważniejsze od sfory byłyśmy tylko my; ja i Nat. To wiedziałam na pewno. Wiedziałam też, że jeśli ktoś będzie chciał skrzywdzić Natalie, sfora ją ochroni. Nie raz widziałam jakiegoś wilka obserwującego naszą córkę. Najczęściej była to Lea. Tak... Nati jest chroniona tu i będzie chroniona u Cullenów. Znając moją rodzinkę, nawet na chwilę nie spuszczą jej z oczu.
Kiedy Natalie skończyła opowiadać swój sen zamurowało mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam od razu iść opowiedzieć o wszystkim Jake'owi, ale nie chciałam zostawiać Nat samej. Natalie jednak chyba poczuła się lepiej, kiedy opowiedziała mi to i nie chciała, żebym z nią została. Kiedy tylko weszłam do swojej sypialni rozpłakałam się.
- Hej, Ness, co jest? - Jake przytulił mnie.
- Nat... miała sen... o Volturi. Rozumiesz?
- I?
- Powiedziała, że śniła jej się ich rozmowa... - w tamtej chwili nie wytrzymałam i rozpłakałam się jeszcze bardziej. Wiedziałam, że jeśli ona we śnie może zobaczyć Volturi, o których nic nigdy nie słyszała. I ona nie wie o tym kim jest... razem z Jake'm chcieliśmy, żeby miała normalne dzieciństwo... a jej się śniło, jak Volturi rozmawiają o moim pochodzeniu!!!
- Ness... spokojnie, nie płacz już. Będzie dobrze... - Jake przytulał mnie i szeptał mi do ucha coś co miało mnie pocieszyć. Nie wiem co, czy jego słowa, czy obecność przy mnie pomogły mi się uspokoić. Wzięłam głęboki oddech i opowiedziałam mu, co usłyszałam od naszej córki.
- Jeśli ona może widzieć w czasie snu co się gdzieś dzieje?! Musimy coś zrobić - zakończyłam, a po mojej twarzy znów zaczęły płynąć łzy. Volturi planowali zabić moją córeczkę, moją Natalie. Nie mogłam im na to pozwolić, ale w tamtej chwili czułam się bezsilna.
- Spokojnie... zadzwonimy do Carlisle'a, wyjaśnimy sytuację. On na pewno coś wymyśli.
- Dobrze... ja zadzwonię... - powiedziałam i drżącą ręką sięgnęłam po komórkę. Szybko wystukałam odpowiedni numer.
- Edward Cullen. Słucham - usłyszałam głos taty. Zerknęłam na wyświetlacz. Wpisałam numer Carlisle'a, więc dlaczego nie on odebrał?
- Hej tato - powiedziałam drżącym głosem.
- Cześć córciu. Coś się stało?
- Tak... Muszę porozmawiać z Carlisle'm.
- Jest na polowaniu...
- Kiedy wróci? - zapytałam.
- Nie wiem. Niedawno wyszedł. Przekazać mu coś?
- Ja... chodzi o Natalie... - mój głos się załamał. Jake delikatnie wyjął mi z dłoni komórkę.
- Edward? Natalie miała sen o Volturi. Jeśli była to jakaś wizja, to nie jest za dobrze.
- Jake, opowiedz ten sen - usłyszałam przytłumiony głos taty. Po chwili Jacob streścił całą rozmowę ze snu Nat.
- I co o tym myślisz? - zapytał, mimo że znał odpowiedź. Jedyne co tata mógł wtedy zrobić.
- Że powinniście nas odwiedzić. Carlisle'a ma odwiedzić Eleazar. Jeśli okaże się, że to był dar... no cóż, będziemy musieli zacząć coś planować. - Głos był jeszcze bardziej przytłumiony. Gdybym była człowiekiem, z pewnością nic bym nie usłyszała.
- Będziemy za... - Jake zastanowił się przez chwilę. - Cztery dni. Pasuje wam?
- Tak. Czekamy - powiedział jeszcze tata i się rozłączył.
- Będzie dobrze. Zobaczysz - powiedział cicho Jake.
- Jutro kup bilet na samolot. I jak będziesz się pakował, nie zabieraj za dużo rzeczy. Ja, Al i Rose zabierzemy cię na zakupy - powiedziałam, a Jacob uśmiechnął się, widząc, że się uspokoiłam. Świadomość, że niedługo będę przy rodzinie sprawiała, że zniknęło to uczucie bezsilności. Wiedziałam, że oni będą mnie wspierać. Spojrzałam na Jake'a. Jutro na pewno pojedzie do La Push. Opowie im o wszystkim. Dla Jake'a ważniejsze od sfory byłyśmy tylko my; ja i Nat. To wiedziałam na pewno. Wiedziałam też, że jeśli ktoś będzie chciał skrzywdzić Natalie, sfora ją ochroni. Nie raz widziałam jakiegoś wilka obserwującego naszą córkę. Najczęściej była to Lea. Tak... Nati jest chroniona tu i będzie chroniona u Cullenów. Znając moją rodzinkę, nawet na chwilę nie spuszczą jej z oczu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)